czwartek, 11 sierpnia 2016

Terry Pratchett - Panowie i damy

Gdyby spróbować podzielić powieści ze Świata Dysku na kategorie, można by wskazać dwie główne - akcję i metafizykę. Do pierwszej zaliczyłbym chociażby cykl Moista von Lipwiga i większość historii o Rincewindzie. Do drugiej - praktycznie wszystkie powieści związane z czarownicami. Oczywiście Pratchett jako znakomity poeta epiki wykorzystuje filozoficzno-magiczne zagrywki w każdej historii, ale te opowiadające o wiedźmach są metafizyczne wybitnie. "Panowie i damy" nie stanowią w tym względzie żadnego wyjątku.

Świeżo upieczony król Verence szykuje się do ślubu z ex-czarownicą Magrat. Z tej okazji w Lancre ma odbyć się wielki* festyn połączony z prezentacją nowej sztuki teatralnej. Pech chciał, że mniej więcej w tym samym czasie bariery między światami są najcieńsze, a same światy przenikają się w mniejszym lub większym stopniu. Zjawisko to wykorzystać chcą elfy, by powrócić na Dysk i siać zniszczenie. Jak słusznie podejrzewacie, przeszkodzić im może tylko Babcia Weatherwax.

"Panowie i damy" są między innymi satyrą na klasyczny poemat Szekspira "Sen nocy letniej". Pratchett w swojej powieści na różne sposoby rozprawia się z koncepcją miłości i, co niespecjalnie dziwi, radzi sobie z tym po mistrzowsku. Historia jest też jednym z nielicznych przypadków, w których cykl o magach zazębia się z serią poświęconą czarownicom.

Choć gdzieś z boku, przykryte tonami akcji, najważniejszym motywem powieści są uczucia. Relacje między zmienionym Verencem i niemogącą znaleźć swojego miejsca Magrat stoją w opozycji do gorącego romansu Niani Ogg i Casanundy - drugiego największego kochanka na świecie (ale się stara). Dołóżcie do tego niespełnione miłości władców elfów oraz Babci Weatherwax i ..., a otrzymacie materiał na dobrą operę mydlaną. No ale to w końcu Pratchett!

Elfy, główni antagoniści "Panów i dam", zostały przedstawione jak w mało której powieści fantasy. To istoty złe, samolubne, skore do nieuzasadnionej przemocy, narcystyczne i wyzute z empatii, dla których liczy się tylko wygląd i dobra zabawa. Przypominają większość ludzi, prawda? Opis tej baśniowej rasy to, moim zdaniem, jeden z tych ukrytych społecznych smaczków, którymi Pratchett siecze współczesne społeczeństwo jako całość, bez wskazania konkretnych winowajców.

Nie byłbym sobą, gdybym o tym nie wspomniał - ogromną rolę w fabule powieści pełni jedna z moich ulubionych fizycznych teorii - koncepcja uniwersów równoległych. Przenikanie się światów i słabe bariery między nimi, przepowiednia śmierci jednej z czarownic, "obłęd" babci Weatherwax, wreszcie umiejętność pokierowania rojem pszczół przy pomocy swojego umysłu - pomysłowość Mistrza w fabularnej eksploracji tego motywu nie ma sobie równych.

Terry Pratchett skłania do refleksji, uczy podstaw fizyki kwantowej, rozśmiesza do granic absurdu i zmusza do myślenia. Przede wszystkim jednak sprawia, że po przeczytaniu tej powieści jesteśmy trochę innymi ludźmi niż w momencie, w którym ją zaczynaliśmy. To jest prawdziwa magia książek. 

Michał "Michu" Wysocki

 * Jak na standardy Lancre.
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz