środa, 17 sierpnia 2016

Maja Lidia Kossakowska – Grillbar Galaktyka

Od czasu „Siewcy Wiatru” regularnie śledziłem dokonania Kossakowskiej. Specyficzny styl i mitologiczne nawiązania zawsze fascynowały mnie w jej twórczości – zwłaszcza „Ruda Sfora” na długo zapadła mi w pamięć. Do nowej książki podszedłem zatem z wielkim dystansem. Jak to – Kossakowska napisała komediowe science-fiction z kulinarną historią w tle? Ano napisała, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

„Grillbar Galaktyka” opisuje historię Hermosa Madrida Ivena – ludzkiego kuchmistrza, który wraz z oddaną, choć niewielką załogą, wyruszy przez kosmos, by uchronić go od inwazji Śluźni – planety produkującej syntetyczną papkę niepokojąco przypominającą szpinak (samo zdrowie, na pewno wam nie zaszkodzi!). W tle pojawi się polityczna intryga, niespełniona miłość, kosmiczne pojedynki i, poważnie, gang gadających trufli zabójców.

W powieści Kossakowskiej urzeka zwłaszcza świetna pierwszoosobowa narracja. Książka napisana w formie pseudo-dziennika skrzy się dowcipem, udanymi metaforami i nieskończonymi dygresjami odnośnie kuchni w szczególności i jedzenia w ogólności. Gdyby nie był kucharzem, Ivena z pewnością czekałaby kariera polityczna. Pod względem warsztatu – świetna robota, a tak dobrze zrobionego narratora ostatni raz czytałem chyba w pierwszych częściach sagi o inkwizytorze Madderdinie.

Jak to możliwe, że na zaledwie pięciuset stronach (pamiętajmy, że to druk Fabryki Słów) autorka była w stanie zmieścić taką plejadę postaci, miejsc i wydarzeń? Już sama restauracja Ivena to wyjątkowy bestiariusz, w którym wspomniane grzyby nie są czymś specjalnie dziwnym. Wystarczy powiedzieć, że jako ochroniarz pracuje tam klasyczny erpegowy slime, a owoce morza przyrządza… syrena. No i Lukianie – błyskotliwa satyra na bohaterów z mang i anime, która momentami osiąga przepyszne rubieże absurdu.

Książka zbudowana jest tak, jak lubię – na granicy zbioru opowiadań i pełnoprawnej powieści. Każdy z rozdziałów spokojnie mógłby obronić się sam, co połączonej fabularnie całości nadaje specyficznego posmaku. Żarty z „Predatora” nie byłyby tak śmieszne, gdyby katowano nas nimi przez cały czas. Za to obśmiewanie spiętrzonej biurokracji w postaci Unii Międzygalaktycznej bawi do samego końca.

„Grillbar Galaktyka” to kawał solidnej, humorystycznej space opery. Najsmaczniejsze fantastyczne danie od czasu „Gotuj z Papieżem”.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz