Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2016

Magdalena Kozak – Paskuda

Jakie to wspaniałe, że polscy autorzy potrafią zaskakiwać. Magdalena Kozak, znana głównie z mocniejszych i, no dobra, mroczniejszych historii, sięgnęła po tematykę zgoła nieoczekiwaną – humorystyczne fantasy. To trochę tak, jakby Pratchett zdecydował się napisać gotycką space operę, której akcja rozgrywałaby się w rozdartym przez wewnętrzne konflikty arabskim getcie. Nie wiem jak wyszłoby to sir Terry’emu, ale Kozak metamorfozę przeszła pierwszorzędnie.

„Paskuda” jest zbiorem raczej krótkich opowiadań, które przedstawiają nam alternatywną wersję jednego z najbardziej oklepanych motywów w historii heroicznego fantasy – księżniczkę uwięzioną w wieży, której strzegą potworny smok i mroczny rycerz. A gdzie tu wersja alternatywna, spytacie? No więc tatuś poskąpił głównej bohaterce na lokum (wieża jest, zwłaszcza w kontekście dalszych opowiadań, więzieniem raczej symbolicznym), niepokonany strażnik okazuje się być zakochanym w niej (księżniczce, nie wieży) wieśniakiem, a smok o wdzięcznej nazwie Paskuda przejawia niepokojąco dużo cech wytresowanego sznaucera. Dodajcie do tego plejadę mniej lub bardziej prawdopodobnych postaci drugoplanowych (większość niestety zjadła Pasia), a otrzymacie znakomite fundamenty pod dobrą i pouczającą historię.

Kozak prezentuje tutaj styl, który bardzo cenię sobie u fantastów – nie marnuje czasu na bezsensowne opisy aparycji, strojów i otoczenia bohaterów, a skupia się na ich przeżyciach wewnętrznych oraz, dzięki bogu!, akcji. Autorka poszła nawet dalej – konsekwentnie używa takich określeń jak Księżniczka, Strażnik czy Wieża, nie nadając im nazw własnych. Taki zabieg sprawia, że przez pierwszą połowę książki oczyma wyobraźni widzimy tak naprawdę tylko miejsce uwięzienia Księżniczki, trochę trawy wokół niego oraz jeziorko, w którym ukrywa się smok. Jest tutaj sporo miejsca do interpretacji, a całość zaczyna ocierać się o bajkowy uniwersalizm.

Opowiadania są oszczędne, ale dobrze pomyślane i, przede wszystkim, śmieszne. Nie wywołują może monstrualnego rechotu, ale liczba parsknięć plasuje się na dobrym, światowym poziomie. Mimo wszystko czegoś jednak „Paskudzie” brakuje. Może to zbyt pobieżne potraktowanie części dobrze zarysowanych wątków? Może ostatecznie słaba identyfikacja z bohaterami? Albo zbyt szybkie i momentami bardzo oczekiwane zwroty akcji? Trudno powiedzieć – wydaje się jednak, że gdyby książka była dwa razy dłuższa, z miejsca stałaby się polską klasyką swojego gatunku.

Szczerze polecam. „Paskuda” to kawałek zgrabnie napisanej, komediowej fantastyki, który pochłania się w jeden wieczór i trzy kubki herbaty. Nie mogę tylko oprzeć się wrażeniu, że tę książkę napisała nie autorka ze sporym dorobkiem bibliograficznym, a szalenie utalentowana, ale jednak debiutantka na drodze do zawodowstwa. A może o to właśnie w tej historii chodzi?

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Terry Pratchett – Prawda

Niech uderzy się w pierś metalowym prętem, kto nie przeczytał do tej pory żadnej powieści mistrza satyry i aluzyjnego dowcipu – Terry’ego Pratchetta. Przez wielu krytyków uważany za najlepszego humorystę naszych czasów, angielski brodacz konsekwentnie od dwudziestu siedmiu lat tworzy* i wywraca do góry nogami Świat Dysku – najlepszą w multiwersum serię książek, która tematy ważne i ważkie traktuje z monstrualnym przymrużeniem oka, a sprawy istotne ukazuje w sposób odwrócony o (w zależności od perspektywy) od stu do miliona stopni. Celsjusza.
 
Zanim jednak zaczniecie czytać losowo wybraną powieść Anglika musicie przygotować się na to, że po literackiej konsumpcji wasze spojrzenie na świat nie będzie już takie samo. Absurd, którym autor operuje z niewiarygodną gracją, został rozdęty do tak ogromnych rozmiarów, że aż nie wypada się z tego śmiać. Po prostu wystarczy kiwać głową w niemym zachwycie. Dziesiątki przerysowanych postaci (każda posiadająca własny, unikalny styl wypowiedzi!), setki niecodziennych sytuacji (każda niepokojąco wyraźnie szydząca z naszej własnej rzeczywistości) i jeden Dysk płynący przez kosmos na grzbiecie czterech słoni (każdy z nich… zresztą, nieważne), które z kolei stoją na wielkim żółwiu A’Tuinie, to tylko mały zwiastun tego, co czeka na was w książkach wchodzących w skład wykreowanego przez pisarza świata.

„Prawda” jest kolejnym tytułem w serii, który na przysłowiową tapetę bierze jeden główny problem wydestylowany z naszego życia i kilka pobocznych, ubarwiających i usprawniających historię. W przypadku „Ruchomych Obrazków” wątkiem właściwym była kinematografia, „Niewidoczni Akademicy” (ostatnia książka wydana w Polsce) zajęli się piłką nożną, a „Muzyka Duszy” mówi o… muzyce, naturalnie. Nietrudno skojarzyć zatem fakty i strzelić, że recenzowana pozycja opowiada o prawdzie właśnie, a ściślej prawdzie w kontekście dziennikarskich aspiracji Williama de Worde.

William, arystokrata o bardzo specyficznych poglądach, całkowicie przypadkowo staje się razem z grupą krasnoludów twórcą pierwszej w historii Dysku gazety. Lub raczej, zgodnie z książkową prawdą, azety. Gdyby z tym było mało problemów, ktoś stara się wrobić Vetinariego, patrycjusza miasta, w niezły bajzel, a dwaj niepoczytalni przestępcy grasują po Ankh-Morpork w poszukiwaniu kiełbasek G.S.P. Dibblera. No dobra, trochę przesadziłem – nikt z własnej woli nie próbuje kiełbasek Dibblera. A na pewno nie dwa razy.

Tak to z Pratchettem jest, że pod płaszczykiem łatwej i prostodusznej historii serwuje nam poważne pytania, na które czasami udziela nawet odpowiedzi. W „Prawdzie” tymi tematami są granice dziennikarskiej pracy, jej wpływ na społeczeństwo i sposób manipulowania nim. Wątek rodzinny de Wordów daje okazję, by zastanowić się nad relacjami ojciec – syn, a przede wszystkim nad stosunkiem tak zwanej arystokracji do reszty populacji, niekoniecznie ludzkiej. Warto też wspomnieć o kreacji pana Tulipana, która, gdyby ktokolwiek się tym na poważnie zainteresował, byłaby idealnym materiałem na pracę naukową poświęconą socjopatii.

Mimo wielu asów, najsilniejszą kartą w talii autora byli i są bohaterowie występujący na kartach jego książek. Oprócz postępowego głównego bohatera, otrzymujemy: całkowicie antyzbereźną, początkującą dziennikarkę; wampira-fotografa, który przejawia samobójcze skłonności pracując z lampą błyskową; gadającego psa jak zwykle próbującego ocalić ludzkość; wspomnianego już socjopatę z encyklopedyczną wręcz wiedzą na temat sztuki i grupę żebraków tak dobrych, że Gildia Żebraków bała się ich przyjąć. A to i tak nie wszyscy.

Stosunkowo łatwo jest, dla tłumacza obytego ze swoją pracą i językiem, przekładać książki fantasy na naszą ojczystą mowę. Typowe książki fantasy, chciałem powiedzieć, bo w przypadku Pratchetta sprawa ma się trochę inaczej. Multum nazw rodzajowych i kolokwializmów, które po prostu trzeba przełożyć, to nie lada wyzwanie. Na szczęście znany w fantastycznym fandomie Piotr W. Cholewa, który jest tłumaczem książek angielskiego mistrza humoru od samego początku, radzi sobie z tym świetnie.

Gdyby zdarzyło się wam przeczytać serię Świata Dysku od samego początku, chronologicznie, z pewnością zauważylibyście jedną ważną prawidłowość – humor Pratchetta ewoluuje. Od bezkompromisowego, swobodnego i radosnego, po cyniczny, zgryźliwy i momentami bardzo pretensjonalny. Moim zdaniem to dobra zmiana, bo dojrzewający czytelnicy wymagają coraz bardziej wyszukanego żartu, a Sir Terry dokładnie wpisuje się w ten nurt.

Nad wspaniałym warsztatem pisarza mógłbym rozwodzić się bardzo długo. Prócz głowy przepełnionej pomysłami ma również niesamowitą, jak na swój wiek, kondycję. Rocznie wydaje przynajmniej jedną książkę, a i to tylko wtedy, gdy ma spadek formy. Z czystym sumieniem polecam wszystko (nie licząc „Ruchomych Obrazków”), co podpisane jest jego nazwiskiem.

Michał „Michu” Wysocki

* Tworzył, oczywiście. Recenzja jest dosyć leciwa.
Share: 

Jacek Piekara – Ani słowa prawdy

Jest kilku takich magów, którzy na stałe wejdą do zbiorowej świadomości fanów fantastyki. Belgarath na przykład, bohater niesamowitego cyklu „Belgariada” autorstwa Davida Eddingsa. Khelben Arunsun zamieszkujący Waterdeep, Raistlin Majere z cyklu Dragonlance, czy czołowy przedstawiciel czarodziejskich antybohaterów – Rincewind. Każdy pewnie mógłby podać jeszcze kilkanaście swoich typów, ale przekonany jestem, że wszystkie te propozycje miałyby jedną wspólną cechę: prawie wcale nie byłoby wśród nich polskich bohaterów. Na szczęście jakiś czas temu (no dobra, całkiem spory czas temu) pojawiła się gwiazdka świecąca na rodzimym firmamencie – Arivald z Wybrzeża.

Czarodziej ów jest bohaterem zbioru opowiadań „Ani słowa prawdy” autorstwa Jacka Piekary, znanego, choć pewnie dla wszystkich jest to oczywistą oczywistością, przede wszystkim z cyklu poświęconego inkwizytorowi Mordimerowi Madderdinowi. Zbioru, trzeba zaznaczyć, momentami bardzo autoironicznego, by nie rzec – pratchettowskiego.

„Ani słowa prawdy” w wielu momentach przypomina opowieści z Hez-hezronu. Tak samo prowadzona jest fabuła, która mimo podziału na opowiadania, trzyma jeden kurs i zmierza do oczekiwanego finału. Piekara znów wykreował kompletny świat z własną mitologią, geografią i historią przypominający, gdyby się nad tym głębiej zastanowić, nasz własny. Arivald, tak jak Mordimer, kroczy od sukcesu do sukcesu, borykając się tylko co jakiś czas z niewielkimi trudnościami. I podobnie jak inkwizytor, nie on jest tutaj najważniejszy, choć niewątpliwie stanowi jeden z głównych atutów książki.

Omawiana kompilacja to typowe fantasy (jeżeli przyjmiemy za podstawę definicji obecność magii, elfów, krasnoludów, mieczy itd.), choć do miana „heroic” jeszcze jej daleko. I dobrze. Zamiast mdłej historii o ratowaniu świata przez półboskich herosów, dostajemy soczystą opowieść o ratowaniu świata przez ułomnego, skorego do pijaństwa czarodzieja – samozwańca, który zamiast czarami, woli problemy rozwiązywać gołymi rękami. Książka przepełniona jest sytuacyjnym humorem tak samo gęsto, jak kpiną z fantastycznych schematów (wystarczy powiedzieć o elfach z Morribrondu, czy poskręcanym tetryku robiącym za coś na wzór boga). Język bohaterów jest cięty, wątroby mocne, a gardła szerokie. Innymi słowy dostajemy wszystko to, co tak polubiliśmy w Słudze Bożym.

Wiedziałem, że nie będę stronił od porównań tych dwóch serii i nie zamierzam się teraz z tego wycofywać. Czym świat Arivalda różni się od świata inkwizytorów? Przede wszystkim lekkim, optymistycznym klimatem. Mam na myśli uniwersum oczywiście, bo same przygody brodacza nieraz bardziej pasowały do kategorii „mało wesołe ew. irytujące”. Poza tym, mimo kilku postaci drugoplanowych, to właśnie czarodziej jest tutaj naczelnym motorem napędowym fabuły, który przyćmił każdą, dosłownie – każdą inną kreację. A jak pamiętamy, czegoś takiego nie było u Mordimera (wszak dosyć dobrze poznaliśmy Bliźniaków, Kostucha czy Jego Ekscelencję Biskupa Hez-Hezronu).

Wydaje wam się, że już gdzieś słyszeliście o Arivaldzie z Wybrzeża? Słusznie, jest on przecież jedną z postaci legendarnej przygodówki „Książę i Tchórz”, której scenariusz współtworzyli Adrian Chmielarz i, niespodzianka!, Jacek Piekara.

Wszystkie opowiadania trzymają niezły poziom. Dużo śmiechu, a jeszcze więcej bezpretensjonalnych przygód i świetnych dialogów. Nie licząc kapitalnego, politycznego „Arivald i wiedźmy” oraz zaskakująco życiowej „Klątwy wiedźmiarzy”, całość stanowi świetną zabawową literaturę, która na bardzo długo zapada w pamięć. Ponad 600 stron lektury, tylko gdzie, na wszystkich istniejących i wyimaginowanych bogów, jest spis treści?!

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Chris Riddell, Paul Stewart – Śrubziemie, czyli totalnie zakręcony świat

Najważniejsza (no, prawie) jest dobra reklama. Jak zatem w najprostszy i możliwie najbardziej sugestywny sposób promować książkę bez zbędnych kosztów, za to z potencjalnie dużą bazą skojarzeń? Nawiązać w tytule do znanego i lubianego dzieła, najlepiej klasycznego. Taki chyba przyświecał cel autorom „Śrubziemia” – ich historia, mimo kilku oczywistych koncepcji, nie ma wiele wspólnego ze światem Tolkiena. Co nie znaczy, że jest słaba.

Do „Śrubziemia” podchodziłem kilkukrotnie. Pierwszy raz tuż po premierze dziesięć lat temu – wtedy, choć byłem oczywiście młodszy i oficjalnie powinienem być docelowym odbiorcą, lektura była dla mnie męczarnią. Może fakt, że był to początek mojej przygody z fantastyką sprawił, że nie do końca ją jeszcze rozumiałem? Trudno powiedzieć, w każdym razie książka przeleżała kilka lat na półce, by powrócić do łask w sposób absolutny.

Powieść Stewarta i Riddella, w przeciwieństwie do chociażby Pratchetta czy Holta, jest pozycją stricte młodzieżową. Nie znaczy to, że dojrzalszy czytelnik uzna ją wyłącznie za spłyconą literaturę przygodową – sporo w niej smaczków, którymi cieszyć się można wyłącznie posiadając ogólną fantastyczną wiedzę. Niemniej jednak sposób kreacji świata, bohaterów i fabuły, a nawet gagów sytuacyjnych, cechuje pewna niedookreśloność i sznyt charakterystyczny dla młodszych odbiorców.

Do magicznego Śrubziemia zostaje sprowadzony Joe – nastolatek z naszego świata, oraz jego wierny pies Henry. Przyzwał ich samozwańczy mag-nieudacznik Randalf, w tej chwili jedyny czarodziej na świecie (cała reszta zniknęła w okolicznościach, których „mędrzec” nie chce pamiętać). Misją Joe’go jest zostać bohaterem i uratować Śrubziemie przed opętanym szaleńcem, doktorem Pieszczochem. Jako pomoc służyć mają ogrzy kuchmistrz Norbert i papuga Weronika, wykazująca niepokojącą tendencję do bycia domowym kanarkiem. Tak w skrócie przedstawia się ta sympatyczna, choć naiwna historia.

Humor Stewarta to przede wszystkim baśniowy absurd, przejaskrawione postacie i, generalnie mówiąc, rzeczy nie na swoich miejscach. Jest tutaj trochę bardziej soczystych żartów, ale przeważa sielankowość, która już na początku programuje w naszych umysłach hasło, że w sumie „nic złego się w trakcie tej przygody nie stanie”. Do tego dokładamy kilka wspomnianych gagów sytuacyjnych, żartobliwo-ostre relacje między głównymi bohaterami i to w zasadzie wszystko. Szkoda, bo aż prosi się, by dorzucić szczyptę mocnej, współczesnej satyry.

Motywów nawiązujących do Śródziemia jest tu zaledwie kilka. Oczywiście pierścień – tym razem w formie zaczarowanego elementu stołowej zastawy pewnego barona. Są magowie, którzy z niewiadomych przyczyn prawie w komplecie opuścili świat. Znajdą się elfy, orki (nie takie z „Uwolnić orkę”) i gobliny podane w zabawowym sosie oraz parę innych, pomniejszych nawiązań. Za mało, biorąc pod uwagę obrazoburcze zapewne nawiązanie do klasyki gatunku.

Ostatecznie, „Śrubziemie” jest powieścią lekką i szalenie wciągającą. Dzisiaj pewnie trudno ją będzie dostać, ale gdybyście trafili kiedyś na nią, warto wydać te kilka złotych monet. Możecie mi wierzyć, w końcu jestem magiem.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Martyna Raduchowska – Szamanka od umarlaków

W przypadku debiutów sprawę należy stawiać uczciwie – nie można się wiele po nich spodziewać. Idąc tropem najbardziej szlachetnych pesymistycznych tradycji, lepiej przygotować się na żywiołowe grafomaństwo i uniknąć rozczarowania, niż rozpalić w sobie nadzieję i zgasić ją ciężkim buciorem obiektywizmu. W „Szamance od umarlaków” Martyny Raduchowskiej jest coś co sprawia, że średniej klasy powieść urzeka swoim urokiem i lekkością. A przynajmniej robi to przez większość czasu.

Ida Brzezińska jest czarną owcą w swojej rodzinie – jedynaczką, oczkiem w głowie rodziców, którzy nie mogą przeboleć, że ich córka urodziła się bez jakiegokolwiek magicznego daru. Sami będąc poważanymi czarodziejami, próbują rozbudzić w dziewczynie mistyczne zdolności i sprawić, że pójdzie zaplanowaną przez nich drogą. No tak, innymi słowy, starają się zmusić nastoletnią córkę, by odłożyła na bok własne marzenia oraz młodzieńczy bunt i zaczęła zachowywać się tak, jak powinna to robić dziedziczka rodu. Bardzo przemyślane.

„Szamanka od umarlaków” opisuje przemianę Idy od zbuntowanej i pechowej studentki do potężnego (i pechowego) medium rozmawiającego z duchami, przepowiadającego ludzkie zgony i wędrującego swobodnie w zaświaty. W metamorfozie pomaga zwłaszcza ciotka Tekla, niepokojąco podobna do wiedźmy z pewnej książki dla dzieci. Galerię znaczących postaci uzupełniają łapacz snów Gryzak, członkowie Wydziału Opętań i Nawiedzeń oraz cała masa duchów, demonów i zjaw.

Raduchowska zastosowała w swojej książce mnóstwo znanych trików. Mamy nastolatkę uciekającą z domu i odkrywającą, że posiada specyficzne zdolności. Jest zrzędliwa ciotka pełniąca rolę przymusowej mentorki. Pojawia się wreszcie tajemnicza agencja, która ostatecznie porządkuje wszystkie sprawy. No i spersonifikowany Pech uwzięty na naszą bohaterkę.

Wieje sztampą, banałem i nudą. Tym bardziej nie mogę uwierzyć, że ta młoda autorka była w tak zgrabny sposób połączyć wszystkie schematy i stworzyć przystępną, raczej młodzieżową powieść. W kwestii literackiego warsztatu przed Raduchowską jeszcze długa droga, ale moim zdaniem jest szansa na łabędzia z tego kaczątka. Także w kwestii humoru – tutaj do bólu sytuacyjny i oparty na oczywistych kontrastach, w przyszłości może pójdzie bardziej w stronę semantycznego absurdu? Szczerze na to liczę.

„Szamanka od umarlaków” nie jest błyskiem złota w rzece polskiej fantastyki, ale czuć tutaj spory potencjał świetlny. Warto sprawdzić, mimo dużej dozy „uwspółcześnienia”, efekciarstwa i słabego tempa akcji zabitej przez niekończące się opisy przeżyć bohaterki.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Terry Pratchett – Piekło pocztowe

O twórczości sir Terry’ego Pratchetta zapewne napisano już wszystko. Jego wkład w kulturę popularną i praktyczne wskrzeszenie komediowej fantastyki jest nie do przecenienia. Najważniejsze elementy (i często te najgorsze) naszej współczesności potrafi ubrać w szaty lekkiej literatury fantasy, która skłania do przemyśleń nawet młodszych i mniej doświadczonych przez życie czytelników. „Piekło Pocztowe” jest już nie tyle skokiem wzwyż, co potwierdzeniem niezachwianej dominacji Pratchetta w tym nurcie słowa pisanego.

Recenzowana powieść rozpoczęła nową, hmmm, mini serię w ramach Świata Dysku (za granicą i w Polsce dostępna jest już druga część, „Świat Finansjery”, a wszyscy czekamy na trzecią, o roboczym tytule „Rising Taxes”*). Poznajemy w niej Moista von Lipwiga (parsknąłeś, widziałem!) – patentowanego oszusta, szalbierza, defraudanta i osobę z zasady stroniącą od przemocy. Nasz bohater do perfekcji opanował sztukę tworzenia i wykorzystywania osobowości, obronę przed ‚szczerym spojrzeniem wgłąb duszy’ i umiejętność przekonania przypadkowego przechodnia, że moja siostra potrzebuje pilnej pomocy, więc ten (prawie) brylantowy pierścionek muszę jak najszybciej sprzedać, nawet za psie pieniądze.

Historia zaczyna się od, no tak, śmierci Moista. Śmierci tylko upozorowanej – rzecz jasna przez patrycjusza Vertinariego, który niedoszłego umarlaka stawia przed wyborem – von Lipwig albo postawi na nogi Urząd Pocztowy Ankh-Morpork, albo zakończy życie (tym razem naprawdę) na dnie bliżej niesprecyzowanej dziury. Nie mając wielkiego pola manewru, główna dramatis persona zgadza się na te warunki i zaczyna podróż przez zakamarki własnego umysłu, matactw finansowych, dobrego przedstawienia, niedoręczonych listów i gołębiego guana.

Jak w każdej z późniejszych powieści, Pratchett wybrał kilka elementów naszej rzeczywistości, które pokazuje w bardzo krzywym, choć niekoniecznie śmiesznym zwierciadle. W „Piekle Pocztowym” wziął na warsztat antyhumanitaryzm wielkich korporacji (reprezentowany przez nowe kierownictwo Wielkiego Pnia, firmy zajmującej się przekazywaniem wiadomości na duże odległości za pośrednictwem wież świetlnych), filatelistykę i problem wolnego oprogramowania (bezpośrednio związany ze zjawiskiem crackerów czy, generalnie, hackerów). Wszystko podane w tak zintegrowanej z fabułą postaci, że momentami trudno się zorientować, gdzie kończy się okołofantastyczne bajdurzenie, a zaczyna krwista satyra na współczesność.

Pisać o postaciach Pratchetta można praktycznie tylko dobrze. W „Piekle Pocztowym” poznajemy pracującego dla rządu golema Pompę, niepokorną i palącą jak smok(g) pannę Dearheart, oraz pracowników poczty: niezrównoważonego (dla określonej wartości zrównoważenia) Stanley’a, zwolennika naturalnej medycyny pana Groata oraz Pieszczocha – najbardziej cierpliwego kota w historia wszechświata i wszystkich światów pokrewnych.

Jak wspomniałem na początku, trudno pisać o kolejnej książce mistrza inaczej niż streszczając historię i przedstawiając bohaterów. „Piekło Pocztowe” jest pierwszą powieścią Anglika**, która została podzielona na rozdziały (te z kolei na wiktoriańską modłę opatrzono odpowiednim wstępem), co wyszło jej zdecydowanie na dobre. Historia Moista von Lipwiga to kawał okropnie śmiesznej, maksymalnie absurdalnej i chwytającej za serce historii. Moim zdaniem pierwsza trójka „Świata Dysku”.

Michał „Michu” Wysocki

* Recenzja pisana dawno temu. Jak wiemy, trzecią częścią cyklu jest "Para w ruch".
** W Świecie Dysku, a i to nie licząc cyklu o Tiffany. Wiem.
Share: 

Maja Lidia Kossakowska – Grillbar Galaktyka

Od czasu „Siewcy Wiatru” regularnie śledziłem dokonania Kossakowskiej. Specyficzny styl i mitologiczne nawiązania zawsze fascynowały mnie w jej twórczości – zwłaszcza „Ruda Sfora” na długo zapadła mi w pamięć. Do nowej książki podszedłem zatem z wielkim dystansem. Jak to – Kossakowska napisała komediowe science-fiction z kulinarną historią w tle? Ano napisała, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

„Grillbar Galaktyka” opisuje historię Hermosa Madrida Ivena – ludzkiego kuchmistrza, który wraz z oddaną, choć niewielką załogą, wyruszy przez kosmos, by uchronić go od inwazji Śluźni – planety produkującej syntetyczną papkę niepokojąco przypominającą szpinak (samo zdrowie, na pewno wam nie zaszkodzi!). W tle pojawi się polityczna intryga, niespełniona miłość, kosmiczne pojedynki i, poważnie, gang gadających trufli zabójców.

W powieści Kossakowskiej urzeka zwłaszcza świetna pierwszoosobowa narracja. Książka napisana w formie pseudo-dziennika skrzy się dowcipem, udanymi metaforami i nieskończonymi dygresjami odnośnie kuchni w szczególności i jedzenia w ogólności. Gdyby nie był kucharzem, Ivena z pewnością czekałaby kariera polityczna. Pod względem warsztatu – świetna robota, a tak dobrze zrobionego narratora ostatni raz czytałem chyba w pierwszych częściach sagi o inkwizytorze Madderdinie.

Jak to możliwe, że na zaledwie pięciuset stronach (pamiętajmy, że to druk Fabryki Słów) autorka była w stanie zmieścić taką plejadę postaci, miejsc i wydarzeń? Już sama restauracja Ivena to wyjątkowy bestiariusz, w którym wspomniane grzyby nie są czymś specjalnie dziwnym. Wystarczy powiedzieć, że jako ochroniarz pracuje tam klasyczny erpegowy slime, a owoce morza przyrządza… syrena. No i Lukianie – błyskotliwa satyra na bohaterów z mang i anime, która momentami osiąga przepyszne rubieże absurdu.

Książka zbudowana jest tak, jak lubię – na granicy zbioru opowiadań i pełnoprawnej powieści. Każdy z rozdziałów spokojnie mógłby obronić się sam, co połączonej fabularnie całości nadaje specyficznego posmaku. Żarty z „Predatora” nie byłyby tak śmieszne, gdyby katowano nas nimi przez cały czas. Za to obśmiewanie spiętrzonej biurokracji w postaci Unii Międzygalaktycznej bawi do samego końca.

„Grillbar Galaktyka” to kawał solidnej, humorystycznej space opery. Najsmaczniejsze fantastyczne danie od czasu „Gotuj z Papieżem”.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Lawrence Watt-Evans – Jednym zaklęciem

Czasami po prostu ma się szczęście. Od lat jednym z moich ulubionych zajęć jest przekopywanie antykwariatów, „tanich książek” i wszelkiej maści bazarków w poszukiwaniu ciekawych oraz mniej znanych książek. Wielokrotnie zdarzało mi się kupić produkty wątpliwej jakości, ale średnio raz na trzy, cztery próby trafiam w dziesiątkę. Tak też chyba należy określić mój nowy nabytek – wydane w 1991 roku „Jednym zaklęciem”, które w drodze targów kupiłem za pięć polskich złotych.

Jak informują wiarygodne źródła, Lawrence Watt Evans jest niezwykle płodnym autorem. „Jednym zaklęciem” to drugi z dwunastu tomów „Legend Ethsharu” (trzy pierwsze części wydano w Polsce). Do jego flagowych serii należą także The Lords of Dus, The Worlds of Shadow, The Obsidian Chronicles i The Annals of the Chosen. A to jeszcze nie koniec – Ewans próbował swoich sił w s-f (m. in. dwie powieści ze świata Star Trek) i jest autorem ponad setki opowiadań.

Opisywana historia toczy się wokół, a jakże!, pechowego czarnoksiężnika. No może nie pełnoprawnego czarnoksiężnika – raczej ucznia, w końcu zna tylko jedno zaklęcie. Na szczęście, w przeciwieństwie do Rincewinda czy Randalfa, Tobas włada Zapłonem Thrindle’a – prosty czarem zapalającym. Raczej nie zawojuje tym świata, ale na pewno ogrzeje się chłodnym wieczorem. Tym, co odróżnia go od bardziej znanych kolegów jest także fakt, że, ostatecznie, szczęście się do Tobasa uśmiecha.

W kwestii kreacji świata i bohaterów, „Jednym zaklęciem” jest powieścią raczej standardową. Główny bohater po śmierci mistrza wyrusza w świat by znaleźć kogoś, kto nauczy go nowych czarów. Przeżywa mniej lub bardziej fantastyczne przygody i spotyka całą masę postaci, które „gdzieś już widzieliśmy”. Klasyka anglosaskiej przygodowej fantasy. Nie znaczy to jednak, że to klasyka zła czy miałka.

W książce Ewansa jest jakiś czar, wspomnienie dawnych czasów, gdy zaczytywałem się w takich seriach jak Forgotten Realms czy Dragonlance. Wszystko do siebie pasuje w taki sposób, że od samego początku mamy pewność – historia skończy się dobrze, a bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie. Bez nieszczerego relatywizmu i napuszonego patosu, za to z dużą dozą humoru.

„Jednym zaklęciem” to może nie pierwsza liga humorystycznej fantastyki, ale z pewnością wejdzie do drugiego składu na mecz z przygodowym fantasy. I będą grali na remis.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Harry Harrison – Bill, Bohater Galaktyki – Planeta Robotów

Jakoś tak zawsze nie po drodze mi było z fantastyką naukową. Może przyczyną były moje braki w zrozumieniu nauk przyrodniczych? Albo zwykła niechęć do futurystycznych konwencji? Trudno powiedzieć, w każdym razie (nie licząc kilku wyjątków, jak np. genialny „Projekt Papież”) dopiero niedawno zacząłem wgłębiać się w świat s-f i od razu natrafiłem na znakomitą serię komediową – historię Billa, obrońcy galaktyki, autorstwa Harry’ego Harrisona.

„Planeta Robotów” jest drugim tomem sagi. Tym ciekawszym, że nigdy nie planowanym. Harrison opowieść chciał zakończyć na jednej książce, ale w wyniku różnych zbiegów okoliczności zrobiło się ich siedem (+ opowiadanie z 1994). Opisywana pozycja jest też ostatnią częścią napisaną samodzielnie – każda kolejna powstanie we współpracy z mniej lub bardziej znanym autorem.

Harrison przedstawia nam perypetie tytułowego Billa – bohatera, któremu wyprano mózg, uzależniono od alkoholu i… wcielono do armii. Teraz całego jego życie polega na znęcaniu się nad rekrutami oraz kombinowaniu, skąd wziąć trochę forsy na przeszczep drugiego kła (z jednym wygląda głupio). Ten w sumie sielankowy obraz zakłóca atak na wojskową placówkę dokonany przez metalowe smoki, którymi dowodzą odwieczni wrogowie ludzkości – mali, zieloni Chingerzy. Dalej przez prawie całą powieść obserwujemy podróże grupy „ochotników”, którzy mają zbadać skąd przybyło zagrożenie.

Nie trzeba być specjalnie bystrym by zauważyć, że tematem satyry Harrisona jest armia, pacyfizm i wojna. Walka toczy się wszędzie – na planecie (o wdzięcznej nazwie „Usa”), do której dotarli bohaterowie, istnieją przynajmniej trzy konflikty: zielonych ludzi z czerwonymi, Rzymian z Celtami (nie pytajcie) oraz form życia opartych na metalu ze sobą nawzajem. Autor pokazuje, jak bezmyślnym, okrutnym i wyniszczającym zajęciem jest prowadzenie wojny. Co więcej, prezentuje to w sposób tak zabawny, że nawet największy redneck przeczyta „Planetę Robotów” do końca.

Czymże byłaby jednak komediowo-fantastyczna powieść bez swoich bohaterów? W skład zespołu rozpoznawczego oprócz Billa wchodzą: skazany za nielegalne eksperymenty i przerost ambicji, tymczasowy admirał Praktis; szaman komputerowego voodoo i specjalista od elektroniki (bardzo przypominający współczesnego hakera) Cy Berpunk; kapitan Bly – były prymus Akademii Kosmicznej, którego kariera została nieoczekiwanie przerwana przez nieprzyjemny incydent z żoną oficera, jego córką i psem; niezaspokojona seksualnie sierżant Meta oraz, no tak, Wurber.

Powieść czyta się jednym tchem, bez specjalnego rozstrząsania moralnych dylematów. Satyra tutaj prosta – wojna to zło niezależnie od miejsca, w którym się toczy. Dodajcie do tego kilka typowo żołnierskich gagów (powtarzany kilka razy „ochotnik” jest moim ulubionym) i macie komediowe s-f średniej klasy.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

piątek, 12 sierpnia 2016

Terry Pratchett, Ian Stewart, Jack Cohen – Nauka Świata Dysku

Do „Nauki Świata Dysku” podchodziłem trzy razy i dopiero teraz udało mi się, ku mojej ogromnej satysfakcji, skończyć tę niezwykłą powieść popularnonaukową. Osiągnąłem sukces, ponieważ zacząłem interesować się szeroko pojętymi naukami przyrodniczymi – bez znajomości ich podstaw „Nauka” wydawać się może przegadana, niezrozumiała i, w konsekwencji, słaba. A jest tymczasem ideałem swojego gatunku.

Już sama forma książki jest wyjątkowa – składa się z dwóch rodzajów rozdziałów. Jeden to typowa fabuła, która ma być lekkim wprowadzeniem do kolejnego – popularnonaukowych wywodów o najróżniejszych aspektach nauk przyrodniczych. Pratchett, Cohen i Stewart omawiają powstanie wszechświata, fizykę kwantową, antropologię, ewolucję, wymieranie dinozaurów, funkcjonowanie atmosfery, wreszcie tworzenie cywilizacji. Dużo tego, ale to dobrze – nie wchodząc w głębokie rozważania, a jedynie kreśląc problemy, autorzy zachęcają zamiast odstręczać.

W budynku Magii Wysokich Energii (LHC, anyone?) Niewidocznego Uniwersytetu jeden z eksperymentów Myślaka Stibbonsa wymyka się spod kontroli, w wyniku czego uwolnione zostają ogromne ilości magii. By uniknąć całkowitego i kompletnego zniszczenia rzeczywistości magowie decydują się wykorzystać nadwyżki do stworzenia projektu Kuli – mikroskopijnego wszechświata, w którym mogliby obserwować kosmos pozbawiony magii. Tak zaczyna się ich zabawa w Wielki Wybuch, tworzenie gwiazd i wszystko, co znamy z naszej historii.

Wiemy, czego spodziewać się po części fabularnej – humor skrzy się jak naładowane magicznie bezpieczniki, pomysły Pratchetta doprowadzają do łez, a magowie… no, są magami. Zaskoczyły mnie za to fragmenty popularnonaukowe – napisane lekkim, choć wyrazistym stylem, często wprost odwołujące się do postaci i wydarzeń z różnych powieści Świata Dysku. Tezy są interesujące, a argumentacja klarowna. Nikt wcześniej tak dobrze nie wytłumaczył mi, jak na Ziemi mogło zacząć się życie.

„Nauka Świata Dysku” to książka, która powinna wejść do obowiązkowego kanonu lektur szkolnych. Tak jak nieudolni nauczyciele w szkole zniechęcili mnie do biologii, chemii czy fizyki, tak Pratchett na nowo przywrócił im (naukom, nie nauczycielom) dawny blask. Pamiętam młodzieńczą fascynację spadającym jabłkiem, kulą poruszającą się ruchem jednostajnym i ciepłym powietrzem wypierającym zimne. Fascynację, która po zderzeniu z bezdusznym światem szkolnych wzorów przerodziła się w otwartą wojnę. Teraz to przeszłość.

Kto wie, gdyby „Nauka” była obowiązkową lekturą w szkole podstawowej, może już dziś mielibyśmy swoich Saganów, Dawkinsów i Brysonów?

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Terry Pratchett – Niewidoczni Akademicy

Aż dziw bierze, że do tej pory sir Terry nie wziął na warsztat żadnej popularnej dyscypliny sportu – zabijanie się nie liczy, to obywatelski obowiązek (wojsko) lub zachowanie w dobrym tonie (Gildia Skrytobójców). Co więcej, w „Niewidocznych Akademikach” sama rozgrywka pełni rolę drugoplanową, ustępując przede wszystkim środowisku kibiców i ich mistycznych zapiekanek z zapiekankowego ciasta. O czym będzie mowa? Oczywiście o futbolu, którego ojczyzną jest Wielka Brytania i, co nie mniej ważne, Ankh-Morpork.

Miasto się zmienia, a jego obywatele razem z nim. W „Świecie finansjery” lord Vetinari zapowiadał wielki program inwestycyjny dla Ankh-Morpork, ale nie muszą to być przecież tylko inwestycje budowlane, prawda? Wychodząc z założenia, że od przestępczości swobodnej lepsza jest rządowo zorganizowana, tyran postanawia wprowadzić porządek do gry w piłkę. Teraz mecze wyglądają jak masowe bójki, ale od czego jest obwarowany warunkami legat na rzecz Niewidocznego Uniwersytetu i pewna erotyczna urna, bardzo stara. W wyniku nie do końca, jak się wydaje, przypadkowego zbiegu wydarzeń magowie będą musieli rozegrać mecz w piłkę, a żeby nie zostać stratowanym na śmierć (tylko teoretycznie, oczywiście – w chwili kryzysu i tak zamienią wszystkich w żaby) postarają się o to, by nowe zasady zostały powszechnie zaakceptowane.

Oprócz oczywistego jak banan dla Bibliotekarza (tutaj w roli golkipera) motywu futbolowego, Pratchett porusza jeszcze kilka ciekawych wątków. Bazując na relacjach czterech głównych bohaterów (wszyscy to pracownicy uniwersytetu) prowadzi dialog między dwoma skrajnymi odmianami miłości – prostej, podwórkowej oraz głębokiej i lirycznej. I wcale nie jest oczywiste, która okaże się bardziej wzniosła. Kolejna płaszczyzna fabularna to narodziny prasy dla kobiet („Bąbelki”), a co za tym idzie – przemysłu modowego. Tutaj w roli lwicy wybiegu Juliet, która wyposażona w sztuczną brodę z miejsca stała się objawieniem prezentującym najnowszy model krasnoludzkiej mikrokolczugi. Posmakujemy także obowiązkowej tajemnicy, tym razem w postaci niepozornego pana Nutta.

W „Niewidocznych Akademikach” pojawia się wśród pierwszoplanowych postaci sporo nowości. Oprócz wspomnianej piękności Juliet, przez całą książkę towarzyszy nam poważna (o przepraszam, myślałem że jesteś swoją własną matką) Glenda i syn futbolowej legendy Trevor Likely. Co ciekawe, spory zwrot fabularny zanotowaliśmy w kadrze Niewidocznego Uniwersytetu – były już dziekan o wdzięcznym imieniu Henry został nowym nadrektorem uniwersytetu w Miedziczole, co oczywiście nie zostało spokojnie przyjęte przez Mustruma Ridcully’ego. Wracając jednak do pana Nutta (uwaga, dalej poważny spoiler)…

Nie sądziłem, że Pratchett jest w stanie, przy całym swoim mistrzostwie w posługiwaniu się piórem i wyobraźnią, stworzyć postać tak bardzo chwytającą za serce. Pan Nutt, z wyglądu przypominający goblina, w rzeczywistości jest orkiem – jednym z ostatnich przedstawicieli rasy, której okrucieństwa na polach bitew Überwaldu nie miały sobie równych. Mówili, że ork w razie braku innej broni potrafi odgryźć sobie rękę i rzucić się w śmiertelny bój rażąc nią wrogów – a to tylko wersja dla dzieci. Na sam dźwięk słowa „ork”, najsilniejsi ludzie przypominają sobie, że mają pilne zajęcia na drugim końcu miasta.

W tym kontekście Nutt wydaje się postacią niezwykłą – nieskorą do przemocy (chyba, że w obronie własnej lub przyjaciół), zawsze pomocną i uprzejmą. Posiada potężną pamięć, przeczytał tysiące książek, zna kilkanaście języków, jest specjalistą w prawie każdej możliwej dziedzinie. Został wychowany przez lady Margolottę, by w Ankh-Morpork nabrać doświadczenia, zdobyć przyjaciół i zyskać wartość. Zwłaszcza to ostatnie kładzie się potężnym cieniem na, skądinąd, przezabawnej książce – Nutt przez cały czas robi wszystko, by stać się wartościową postacią. Rozlicza się z każdego uczynku, ciągle niezadowolony ze swoich osiągnięć. Stara się, walczy o akceptację z zakodowaną przez lady informacją: „Nie miałeś wartości, byłeś niczym, ale swoimi działaniami możesz to zmienić”. To smutna, choć budująca historia. Czyżby pobrzmiewały w niej echa samego Pratchetta, który czując powoli nadchodzące rozwiązanie próbuje za pośrednictwem Nutta rozliczyć się ze swoich dokonań?

Kapitalnie budowane napięcie, szybka akcja, błyskotliwi bohaterowie, tony semantyczno-sytuacyjnych żartów oraz zaskakująca końcówka – czego chcieć więcej od kolejnej znakomitej powieści Mistrza? Może trochę więcej optymizmu, który nie zawsze idzie w parze z humorem.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Terry Pratchett – Ciekawe czasy

Geniusz sir Terry’ego nie polega na tym, że jest w stanie w humorystyczny sposób ująć rzeczy nieujmowalne. Mistrzostwo Brytyjczyka objawia się w umiejętności wyciśnięcia smakowitych siódmych soków z motywów oklepanych, przemaglowanych i zgranych do obrzydzenia. No bo ile można obejrzeć parodii heroic fantasy? Ile razy dane nam było skosztować pamfletów na bohaterów, przeważnie umięśnionych i tępych? Zbyt wiele. Tym większym zaskoczeniem jest fakt, że Pratchett nie tylko sparodiował łatwy do sparodiowania topos bezmyślnego barbarzyńcy – zrobił to jak zwykle w sposób, hmm, epicki.

Tym razem Mistrz zabiera nas w podróż na Kontynent Przeciwwagi, łudząco podobny do klasycznych (starożytnych, średniowiecznych?) monarchii azjatyckich. Rincewind zostaje wplątany w intrygę prowadzoną przez cesarskiego wezyra (dlaczego oni zawszę muszą być źli?), która polega na wypromowaniu, a następnie krwawemu zniszczeniu ruchu oporu nazywanego Czerwoną Armią. Jednocześnie, niemalże równolegle do przygód magga, grupa podstarzałych bohaterów (w części wyglądających na martwych) postanawia dokonać największej kradzieży w historii ludzkości i nie tylko. Dowodzi nimi Cohen Barbarzyńca, a radą służy były nauczyciel szkolny Saveloy.

Autor jak zwykle parodiuje (chociaż nie wiem, czy w tym konkretnym przypadku można mówić o czystej parodii) jeden motyw główny i kilka pobocznych. Przewodnim wątkiem parodystycznym jest w „Ciekawych czasach” monarchia absolutna w stylu azjatyckim – razem z cesarzem, wezyrem, niewolnictwem i zupą z sierści świni („to znaczy, że ktoś podprowadza robotnikom całą świnię”). Dodatkowo obśmiana zostaje idea rewolucji i ruchu oporu (mieszkańcy Kontynentu Przeciwwagi są zbyt dobrze wychowani, by skandować hasła mocniejsze niż „Nieprzedwczesny zgon naszym adwersarzom!”) oraz wspomniany topos bohatera – wyzwoliciela.

Oprócz Rincewinda i Cohena, na łamy książki powraca znany z pierwszych części Świata Dysku Dwukwiat (oraz jego dwie córki). Głównym przeciwnikiem jest dążący do perfekcji w każdym calu pan Hong, a najciekawszą postacią z pewnością azjatycki odpowiednik Gardło Sobie Podrzynam Dibblera – Wnętrzności Sobie Wypruwam Honorowo Dibhala. Na szczególną uwagę zasługuje jednak grupa towarzysząca Cohenowi („Srebrna Orda”) – same stetryczałe dziadki, którym wiek nie przeszkadza jednak wyżynać w pień wrogich armii. Ucz, barbarzyńca-nauczyciel, próbuje zapoznać ich z cywilizacją (taką od noszenia spodni i płacenia za jedzenie) – jak łatwo przewidzieć, ze skutkiem dalekim od pożądanego.

Z jednej strony cesarstwo, z drugiej niewolnictwo, a i tak ostatecznie chodzi o totalitaryzm. Pratchett w opozycji do stłamszonych przez system mieszkańców stawia miłujących wolność wojowników. Wysoko rozwinięte państwo kontra grupa barbarzyńców. Bezmyślne posłuszeństwo przeciwko ułańskiej fantazji. To jest według mnie najważniejsze przesłanie książki – nie można pozwolić, by tragedie tego typu kiedykolwiek się powtórzyły. „Mentalne niewolnictwo” gorsze od bata, przed którym przynajmniej można się uchylić.

„Ciekawe czasy” są po prostu kolejną mocną pozycją w bibliografii Pratchetta. I jak kilka poprzednich oraz wiele następnych części Świata Dysku, trudno powiedzieć, czy więcej w tej książce dziegciu, czy miodu. Wiele lat temu pisałem pracę maturalną właśnie z totalitaryzmu – gdybym wtedy znał tę opowieść, bez zastanowienia zamieniłbym na nią Borowskiego i Kafkę. Ostałby się pewnie tylko Camus.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Karina Pjankowa – Prawa i powinności

Mam nadzieję, że wszystkie kobiety i feminiści wybaczą mi to wyznanie, ale kompletnie nie trawię tzw. babskiej fantastyki. Wiecie, tej co to najważniejsze są uczucia, że ktoś kogoś kocha, jest obowiązkowa zdrada i odkrycie prawdziwej miłości. Męczę się, nomen omen niemiłosiernie, gdy okazuje się, że czytana właśnie powieść zalicza się do tego nurtu (ostatnio dodałem „Jesienne ognie” Walerii Komarowej do króciutkiej listy książek, które zacząłem i których nie byłem w stanie skończyć). „Prawa i powinności” Kariny Pjankowej napawały mnie podobnym lękiem – na szczęście już za pierwszym rogiem pojawili się służbiści krzyczący „Spokojnie, to tylko pastisz!”.

Książka opowiada historię grupy śmiałków (przedstawicieli prawie wszystkich rozumnych ras krainy), którzy wyruszają w podróż, by uchronić  świat przed zagładą. W ostatniej chwili dołącza do nich złośliwy młodzieniec Raywen – podający się za nekromantę nieznajomy, który jest władcą bliżej niesprecyzowanego ludu. Grupa w czasie historii zaliczy obowiązkowe opuszczone jaskinie, nieprzyjemne miasta i najzwyklejsze lasy. Dodajcie do tego klasyczne „przebieramy się za nieznajomych podróżników” oraz zgrane „muszę poświęcić się za przyjaciół!”, a otrzymacie standardową opowieść z pogranicza heroic i epic fantasy.

Fabuła, podobnie jak praktycznie cały humor, zbudowana jest na relacjach między coraz mniej nieznajomym nekromantą, a coraz bardziej przekonanymi do niego podróżnikami. Wraz ze „zbawcami świata” czytelnik poznaje kolejne warstwy osobowości Raywena, co wywołuje z jednej strony sporo zabawnych sytuacji, z drugiej zaś sympatię i zaangażowanie w misję śmiałków. Sporo tutaj docinków, złośliwości i innego słownego żartu – w połączeniu z parodią schematycznego do bólu fantasy daje to smaczną, choć niekoniecznie wybuchową mieszankę.

Książce zarzuca się, że, mimo pastiszowej konwencji, jest wtórna do potęgi „n”. Równie dobrze można by zarzucić „Nagiej broni”, że jest wtórna w stosunku do filmów sensacyjnych, albo „Trzynastemu posterunkowi”, że powiela schematy z komend wojewódzkich. Na tym polega idea pastiszu – bez ubrudzenia się oryginałem, nie da się go wiarygodnie przeprowadzić. Pjankowa poradziła sobie wybornie – tak dobrze, że zmyliła nawet część krytyki. No bo kto na poważnie zarzucałby brak oryginalności Frankowi Drebinowi?

Na początku narzekałem trochę na babską fantastykę, ale relacje między głównym bohaterem i jego wiecznie nieobecnym bratem naprawdę mnie urzekły. Podobnie jak stosunki Raywena z surowym i, no tak, wiecznie nieobecnym ojcem. Problemy bycia „starszym rodzeństwem” – związane z tym faktem prawa (mało) i powinności (dużo) – ujęły mnie za serce. No ale zrozumie to chyba tylko ten, kto ma młodszego brata lub siostrę. Pod tym względem (troski o młodszego brata, a w konsekwencji całą ludzkość) złośliwy nekromanta jest postacią bardzo wiarygodną.

„Prawa i powinności” czyta się jednym tchem – głównie po to, by poznać tożsamość Raywena. Historia jest sympatyczna, trochę przaśna, łatwo uzależnia. I nawet rozwijająca się gdzieś mimochodem wielka miłość nie jest w stanie tego zepsuć.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Isaac Asimov – Azazel

Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie miałem jeszcze styczności z Asimovem. Znajomi oczywiście polecali mi jego twórczość, z „Fundacją” na czele, ale jakoś zawsze było nie po drodze. Do czasu – niedawno w moje ręce wpadł zbiór opowiadań „Azazel”, który przesądził sprawę. Od jutra wyruszam na łowy w poszukiwaniu wszystkiego, co podpisane jest nazwiskiem Rosjanina.

„Azazel” to antologia, której bohaterami są sam Asimov (w ilościach bardzo umiarkowanych) oraz jego znajomy George. Znajomy niezwykły, ponieważ posiada umiejętność przywoływania dwucentrymetrowego demona spełniającego życzenia (ale tylko ku dobru ludzkości!). Każdy z tekstów zbioru zbudowany jest na podobnej zasadzie – spotkania dwóch panów, które przeradza się w monolog George’a opowiadającego historię związaną z Azazelem, tytułowym demonem.

To mój ulubiony rodzaj fantastyki – bez zbędnych opisów i pseudomądrych przemyśleń, za to z dużą ilością niezbyt szybkiej akcji zakończonej sympatycznym morałem. Problem z Georgem i Azazelem polega na tym, że, choć zawsze próbują czynić dobro, za każdym razem kończy się to nieoczekiwanie nieprzyjemnie. Do tego dochodzi także świetnie wykreowana postać „właściciela” demona, który swoją niebanalną uszczypliwością i dramatycznie wykrzywionym spojrzeniem na kwestię rachunków za lunch momentalnie zostaje skatalogowany przez mózg jako „zapamiętać, unikać”.

Sam Asimov we wstępie pisze, że opowiadania o Azazelu stoją gdzieś pomiędzy fantasy a s-f. Rozgranicza je tylko postać demona (zresztą znakomicie znającego się na fizyce kwantowej), który zamieniony na przybysza z odległej planety automatycznie zakwalifikowałby historie jako science-fiction. Jakiej by jednak tutaj łatki nie przykleić, moc opowieści pozostanie taka sama – nie ma magicznego środka na uszczęśliwienie ludzkości. A jeśli ktoś mówi, że jest – przeczytaj dokładnie drobny druczek.

Największa zaleta zbioru – eksploracja konkretnego schematu narracyjnego – jest też jego największą wadą. Mimo ogromnej sympatii dla historii o dwucentymetrowym demonie, nawet mnie zaczęły one po jakimś czasie nużyć. Złapałem się nawet na tym, że ostatnie opowiadania czytam już tylko po to, by poznać niezamierzone efekty kolejnych prób uszczęśliwienia przyjaciół George’a.

Mimo tej monotonni „Azazel” jest zbiorem fantastycznym – zupełnie innym od tego, co dzisiaj zalega na sklepowych półkach. Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie się z nim zapoznajcie. Tylko nie proście o pomoc George’a, kiedyś mi za to podziękujecie.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

czwartek, 11 sierpnia 2016

Piers Anthony – Zaklęcie dla Cameleon

Coś jest w tej oldschoolowej anglosaskiej fantastyce. Jasne, z dzisiejszej perspektywy może wydaje się zbyt płaska, słabo naładowana pomysłowymi fajerwerkami i za bardzo przygodowa. Jakoś jednak twórcom tamtego okresu udawało się stworzyć na tyle charakterystyczne światy, by móc momentalnie w nich utonąć. Nie inaczej jest z „Zaklęciem dla Cameleon” – początkiem legendarnego cyklu „Xanth” autorstwa Piersa Anthony’ego.

Xanth to magiczna kraina oddzielona od „zwykłego” świata barierą. Każdy mieszkający w niej człowiek, zwierzę i roślina ma charakterystyczny tylko dla siebie czarodziejski talent. Czasami to umiejętność wywoływania burz, czasem usypiania wędrowców albo paraliżowania ludzi wzrokiem. Co się jednak stanie, gdy ktoś, a mowa tu o Blinku – głównym bohaterze - urodzi się bez magicznego talentu? Banicja. I to przez wielkie „B”.

„Zaklęcie dla Cameleon” jest zapisem podróży, w którą wyruszył Blink, by poznać swój talent. Po wielu perypetiach udaje mu się dotrzeć do Dobrego Maga Humfreya, który co prawda potwierdza posiadanie przez Blinka magii, ale nie może określić jej natury. Bohatera czeka więc wygnanie, po którym nastąpi nieoczekiwany zwrot akcji. No tak, w międzyczasie będzie jeszcze jakieś małe ratowanie świata.

To, co fascynuje w powieści Anthony’ego, to próba naukowego podejścia do czarodziejskiego fenomenu. Blink, mający zadatki na fizyka magicznego, na wszelkie sposoby próbuje zrozumieć ideę czarodziejstwa. Czy można jednocześnie być istotą magiczną i władać zaklęciami, czy może to domena tylko „zwykłych” ludzi i zwierząt? Jak do tego podziału ma się fakt posiadania inteligencji pozwalającej na komunikację? Choć nie czytałem jeszcze innych części cyklu podejrzewam, że ten wątek będzie mocno eksponowany.

No dobrze, ale gdzie tu humor, skoro „Zaklęcie dla Cameleon” znajduje się w humorystycznej fantastyce? Wydaje się, że dowcip zawiera się w samej konstrukcji świata i zamieszkujących go postaci. Czasami to dosłowny kop w tyłek chimery, innym razem próba odparcia bezmyślnych zalotów Cameleon. Mimo wszystko dowcipu tu mało, zapewne zagubionego gdzieś w trakcie tłumaczenia. „Zaklęcie dla Cameleon” to humorystyczna fantastyka, w której zapomniano wstawić gagi.

Jak to bywa z fantasy lat siedemdziesiątych, jest dobrze, choć za stabilnie. Może to nie powieść na miarę Pratchetta czy Holta, ale na pewno danie z górnej półki menu dla klasy średniej.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Italo Calvino – Rycerz nieistniejący

Wychodząc z założenia, że należy walczyć z własną ignorancją, postanowiłem wyciągnąć macki po literaturę fantastyczną inną niż polska i anglosaska. Dosyć szybko dotarłem do realizmu magicznego i w dwie noce pochłonąłem „Kafkę nad morzem” Haruki Murakamiego. Następny w kolejce okazał się Italo Calvino – jeden z najbardziej interesujących pisarzy i eseistów dwudziestowiecznych Włoch.

„Nieistniejący rycerz” jest przede wszystkim satyrą na chansons de geste – rycerskie poematy opisujące wielkie przygody i chwalebne czyny. Calvino z jednej strony wyśmiewa kontynentalną tradycję rycerską (armia Karola Wielkiego), z drugiej – tradycję arturiańską (wypaczeni i do bólu skarłowaciali poszukiwacze Graala). Wielką wyprawę głównego bohatera w poszukiwaniu dowodów swojej szkachetności trwającą rok kwituje kilkoma zdaniami, skupiając się na wojskowej dyscyplinie (lub raczej jej braku) oraz rycerskim zabawom z żywnością, bronią i sobą nawzajem.

Głównym bohaterem tego humorystycznego poematu jest Agilulf – zbroja, w której zamieszkała skondensowana samoświadomość wszechświata. Towarzyszą mu aspirujący do miana paladyna młodzik, niedorozwinięty w każdym możliwym aspekcie (oprócz seksu) giermek, kochająca porządek brudaska (będąca jednocześnie jednym z najlepszych szermierzy w armii Karola) oraz masa postaci epizodycznych. Dużo, jak 150 stron malutkiej książeczki.

Absurd, absurd i jeszcze raz absurd. W powieści Calvino zachwyca przede wszystkim humorystyczne podejście do opisywanych zjawisk – misji w poszukiwaniu Świętego Graala, rycerskiej bitwy (ograniczającej się ostatecznie do wymiany nieuprzejmości i grabieży stratowanych ciał), archetypu giermka czy wreszcie seksu (dla mnie pierwsza trójka komediowych potyczek miłosnych w historii).

Jak to z dobrymi powieściami bywa, autor zadaje kilka ważkich pytań – co czyni nas ludźmi? Czy istnieje granica w dążeniu do doskonałości i dlaczego bliżej niej znajduje się pusta zbroja, a nie człowiek z krwi i kości? Z czego robi się żołnierską zupę? Ile migdalenia są w stanie wytrzymać zakonne siostrzyczki? A to nawet nie pierwsza baza.

Calvino bawi i nienachalnie skłania do refleksji. Daje do myślenia fakt, że najlepszym rycerzem armii Karola Wielkiego był ten, który nie istnieje, prawda? Niektórzy doszukują się w Agilulfie nawiązań do robota – w końcu porusza się tylko dzięki „sile” rycerskich protokołów i zasad, prócz głosu nie mając z ludźmi nic wspólnego. Może. Polecam serdecznie i szczerze.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Terry Pratchett - Trzy wiedźmy

„Trzy wiedźmy” są prawdopodobnie pierwszą książką ze Świata Dysku, jaką przeczytałem – a na pewno pierwszą historią, w której występuje Babcia Weatherwax. Gdy pochłaniałem ją (książkę, oczywiście) dziesięć lat temu nie wiedziałem jeszcze, na jakich zasadach działa satyra w cyklu Pratchetta. Teraz, po przeczytaniu prawie wszystkiego co wydał Brytyjczyk (niektórych pozycji po kilkanaście razy) mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że „Trzy wiedźmy” są w pierwszej trójce Świata Dysku i pewnie w TOP 30 fantastyki w ogóle.

W tajemniczych okolicznościach umiera dotychczasowy król Lancre, a jego jedyny dziedzic (oddany przez troskliwe czarownice pod opiekę grupie wędrownych aktorów) znika bez śladu. Na tronie zasiada Felmet, dalszy krewny władcy, i rozpoczyna porządki w królestwie. Chce ciąć drzewa, dochód per capita i głowy krnąbrnych mieszkańców, a do tego jest wegetarianinem! Felmet włada na tyle niekonwencjonalnie, że sama krainy obudziła się z letargu, by pomóc w jego obaleniu.

Lord i lady Felmet to oczywiście postacie nawiązujące do dramatów Szekspira, podobnie jak zaginiony dziedzic. Bohaterską trupę uzupełnia inteligentny, zblazowany i uciskany przez nieustającą depresję Błazen; genialny krasnoludzki dramatopisarz Hwel oraz, oczywiście, tytułowe wiedźmy – Babcia Weatherwax, Niania Ogg i Magrat Garlick, które, co do zasady, nie mogą wtrącać się w sprawy świeckie*.

„Trzy wiedźmy” są jedną z wielu (jeśli nie wszystkich) powieści Pratchetta, w których sir Terry zastanawia się nad mocą słów. Słowa nie tylko opisują rzeczywistość – one ją kształtują. Tak jest z poematem ku czci nowego króla, tak było z azetą („Prawda”), wystąpieniami publicznymi i listami („Piekło pocztowe”), magicznymi księgami (biblioteka Niewidocznego Uniwersytetu), czy wreszcie z zaklęciem, które zaburzyło umiejętności czarodziejskie Rincewinda. Słowa wydają się być także nie tyle środkiem, co celem samym w sobie. Pewną odmianą rzeczywistości, piątym wymiarem skąpanym w semantycznej ulewie.
 
Co nas prowadzi do najważniejszego wątku powieści – dramatu. Książka aż skrzy się od szekspirowskich nawiązań, z Makbetem na czele (który nigdy by nie pomyślał, że krew na rękach można zlikwidować tarką do warzyw). Pratchett bawi się konwencją poematu tragicznego zmieniając go w pouczającą, ale jednak farsę. Przeznaczenie nie jest już bezmyślną ideą, a tworem wręcz namacalnym. Zagubiony potomek króla okazuje się aktorem najlepiej wcielającym się w… królów właśnie, a zdegustowana kraina sama decyduje się napisać teatralną sztukę. Po przeczytaniu tej książki w niezrozumiały sposób nabrałem ochoty ubiegania się o miejsce na Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego.

Humor jest cięty, momentami sytuacyjny i prawie zawsze niesie ze sobą coś więcej niż tylko rubaszny rechot. To przede wszystkim mądra oraz inspirująca powieść, którą spokojnie można czytać dzieciom do poduszki – z korzyścią dla nich i czytającego.

Michał „Michu” Wysocki

* Pierwsza reguła czarownic mówi, że nie można ingerować w sprawy zwykłych ludzi przy pomocy magii. Druga reguła, że jeśli już się wtrącasz, rób to głośno i na całego.
Share: 

Ewa Białołęcka – wiedźma.com.pl

Dawno nie byłem tak poirytowany początkiem powieści, jak w przypadku książki Ewy Białołęckiej. Nachalny, przerysowany i przede wszystkim tępy feminizm nie jest tym, co zachęciłoby mnie do dłuższego trawienia nawet dobrej historii. Choć, przynajmniej w założeniach, „wiedźma.com.pl” miała być fantastyką humorystyczną, przez pierwsze 200 stron jest raczej społeczno-politycznym manifestem nie najwyższych lotów.

Krystyna Szyft to mieszczuch, samotna matka i osoba uzależniona od Internetu, która wraz z małym synkiem mieszka pokątnie u rodziców. Pewnego dnia dostaje pismo z kancelarii informujące, że daleka krewna zostawiła jej w spadku wielki dom znajdujący się w zabitej dechami dziurze (znaczy na wsi). Krystyna zwana Reszką udaje się do swej nowej posiadłości i odkrywa, że stara pani Szyft była wiedźmą, do tego jedną z tych najgorszych. Tak rozpoczyna się pełna niewiarygodnych zwrotów akcji batalia wnuczki z cioteczną babką o wolną wolę, wolność od telepatii oraz wolne w każdy weekend.

Jak wspomniałem, mniej więcej do połowy książki zęby bolały mnie od zgrzytania – tak irytującą, męczącą i pozornie rzeczywistą postacią jest Krystyna. Nawet jej grepsy przypominają ten rodzaj feministki, która nie będzie co prawda walczyła o równe traktowanie kobiet i mężczyzn w zakładzie pracy, ale poświęci życie, by ludzkość zwracała się do niej per „pani psycholożko”. Skojarzenia z posiadającymi problemy egzystencjalne zwierzętami parzystokopytnymi jak najbardziej wskazane.

Nie wiem czy to ja się przyzwyczaiłem, czy w narracji zaszła jakaś zmiana – druga połowa powieści to świetny thriller z elementami komediowej fantastyki. Nawet Reszka wydaje się bardziej znośna i nieźle wygląda na tle innych postaci: konowała-alkoholika Kobielaka, sporej ilości duchów czy wreszcie starej pani Szyft.

Uczepiłem się tego parafeminizmu bo gdy nie on, „wiedźma.com.pl” byłaby niezłą fantastyką społeczną, pokazującą mentalne różnice między wsią i miastem, poruszającą problem wyobcowania we współczesnym świecie czy próbującą przeanalizować zjawisko uzależniania się od nowych technologii. Ile o naszym świecie może powiedzieć fakt, że doktor Kobielak mieszkając latami w swoim domu nie wiedział, że poprzedni lokator zostawił na strychu pamiątki godne Hannibala Lectera i Kuby Rozpruwacza razem wziętych? No ale to wszystko przyćmiła pretensjonalna kreacja głównej bohaterki.

„wiedźma.com.pl” nie jest ostatecznie tragiczna – akcja drugiej połowy książki wynagradza bombardowanie nachalną ideologią w pierwszej. I żeby było jasne – wbrew pozorom jestem wielkim fanem wszelkich form dążenia kobiet do równego traktowania. Niestety uczulony bywam na puste i bezmyślne szachrajstwa, mające pozory wzniosłych wartości. Brzydzę się ideologiczną egzaltacją, a Krystyna Szyft trochę się w ten nurt wpisuje.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

Terry Pratchett - Panowie i damy

Gdyby spróbować podzielić powieści ze Świata Dysku na kategorie, można by wskazać dwie główne - akcję i metafizykę. Do pierwszej zaliczyłbym chociażby cykl Moista von Lipwiga i większość historii o Rincewindzie. Do drugiej - praktycznie wszystkie powieści związane z czarownicami. Oczywiście Pratchett jako znakomity poeta epiki wykorzystuje filozoficzno-magiczne zagrywki w każdej historii, ale te opowiadające o wiedźmach są metafizyczne wybitnie. "Panowie i damy" nie stanowią w tym względzie żadnego wyjątku.

Świeżo upieczony król Verence szykuje się do ślubu z ex-czarownicą Magrat. Z tej okazji w Lancre ma odbyć się wielki* festyn połączony z prezentacją nowej sztuki teatralnej. Pech chciał, że mniej więcej w tym samym czasie bariery między światami są najcieńsze, a same światy przenikają się w mniejszym lub większym stopniu. Zjawisko to wykorzystać chcą elfy, by powrócić na Dysk i siać zniszczenie. Jak słusznie podejrzewacie, przeszkodzić im może tylko Babcia Weatherwax.

"Panowie i damy" są między innymi satyrą na klasyczny poemat Szekspira "Sen nocy letniej". Pratchett w swojej powieści na różne sposoby rozprawia się z koncepcją miłości i, co niespecjalnie dziwi, radzi sobie z tym po mistrzowsku. Historia jest też jednym z nielicznych przypadków, w których cykl o magach zazębia się z serią poświęconą czarownicom.

Choć gdzieś z boku, przykryte tonami akcji, najważniejszym motywem powieści są uczucia. Relacje między zmienionym Verencem i niemogącą znaleźć swojego miejsca Magrat stoją w opozycji do gorącego romansu Niani Ogg i Casanundy - drugiego największego kochanka na świecie (ale się stara). Dołóżcie do tego niespełnione miłości władców elfów oraz Babci Weatherwax i ..., a otrzymacie materiał na dobrą operę mydlaną. No ale to w końcu Pratchett!

Elfy, główni antagoniści "Panów i dam", zostały przedstawione jak w mało której powieści fantasy. To istoty złe, samolubne, skore do nieuzasadnionej przemocy, narcystyczne i wyzute z empatii, dla których liczy się tylko wygląd i dobra zabawa. Przypominają większość ludzi, prawda? Opis tej baśniowej rasy to, moim zdaniem, jeden z tych ukrytych społecznych smaczków, którymi Pratchett siecze współczesne społeczeństwo jako całość, bez wskazania konkretnych winowajców.

Nie byłbym sobą, gdybym o tym nie wspomniał - ogromną rolę w fabule powieści pełni jedna z moich ulubionych fizycznych teorii - koncepcja uniwersów równoległych. Przenikanie się światów i słabe bariery między nimi, przepowiednia śmierci jednej z czarownic, "obłęd" babci Weatherwax, wreszcie umiejętność pokierowania rojem pszczół przy pomocy swojego umysłu - pomysłowość Mistrza w fabularnej eksploracji tego motywu nie ma sobie równych.

Terry Pratchett skłania do refleksji, uczy podstaw fizyki kwantowej, rozśmiesza do granic absurdu i zmusza do myślenia. Przede wszystkim jednak sprawia, że po przeczytaniu tej powieści jesteśmy trochę innymi ludźmi niż w momencie, w którym ją zaczynaliśmy. To jest prawdziwa magia książek. 

Michał "Michu" Wysocki

 * Jak na standardy Lancre.
Share: