Mam nadzieję, że wszystkie kobiety i feminiści wybaczą mi to wyznanie, ale kompletnie nie trawię tzw. babskiej fantastyki. Wiecie, tej co to najważniejsze są uczucia, że ktoś kogoś kocha, jest obowiązkowa zdrada i odkrycie prawdziwej miłości. Męczę się, nomen omen niemiłosiernie, gdy okazuje się, że czytana właśnie powieść zalicza się do tego nurtu (ostatnio dodałem „Jesienne ognie” Walerii Komarowej do króciutkiej listy książek, które zacząłem i których nie byłem w stanie skończyć). „Prawa i powinności” Kariny Pjankowej napawały mnie podobnym lękiem – na szczęście już za pierwszym rogiem pojawili się służbiści krzyczący „Spokojnie, to tylko pastisz!”.
Książka opowiada historię grupy śmiałków (przedstawicieli prawie wszystkich rozumnych ras krainy), którzy wyruszają w podróż, by uchronić świat przed zagładą. W ostatniej chwili dołącza do nich złośliwy młodzieniec Raywen – podający się za nekromantę nieznajomy, który jest władcą bliżej niesprecyzowanego ludu. Grupa w czasie historii zaliczy obowiązkowe opuszczone jaskinie, nieprzyjemne miasta i najzwyklejsze lasy. Dodajcie do tego klasyczne „przebieramy się za nieznajomych podróżników” oraz zgrane „muszę poświęcić się za przyjaciół!”, a otrzymacie standardową opowieść z pogranicza heroic i epic fantasy.
Fabuła, podobnie jak praktycznie cały humor, zbudowana jest na relacjach między coraz mniej nieznajomym nekromantą, a coraz bardziej przekonanymi do niego podróżnikami. Wraz ze „zbawcami świata” czytelnik poznaje kolejne warstwy osobowości Raywena, co wywołuje z jednej strony sporo zabawnych sytuacji, z drugiej zaś sympatię i zaangażowanie w misję śmiałków. Sporo tutaj docinków, złośliwości i innego słownego żartu – w połączeniu z parodią schematycznego do bólu fantasy daje to smaczną, choć niekoniecznie wybuchową mieszankę.
Książce zarzuca się, że, mimo pastiszowej konwencji, jest wtórna do potęgi „n”. Równie dobrze można by zarzucić „Nagiej broni”, że jest wtórna w stosunku do filmów sensacyjnych, albo „Trzynastemu posterunkowi”, że powiela schematy z komend wojewódzkich. Na tym polega idea pastiszu – bez ubrudzenia się oryginałem, nie da się go wiarygodnie przeprowadzić. Pjankowa poradziła sobie wybornie – tak dobrze, że zmyliła nawet część krytyki. No bo kto na poważnie zarzucałby brak oryginalności Frankowi Drebinowi?
Na początku narzekałem trochę na babską fantastykę, ale relacje między głównym bohaterem i jego wiecznie nieobecnym bratem naprawdę mnie urzekły. Podobnie jak stosunki Raywena z surowym i, no tak, wiecznie nieobecnym ojcem. Problemy bycia „starszym rodzeństwem” – związane z tym faktem prawa (mało) i powinności (dużo) – ujęły mnie za serce. No ale zrozumie to chyba tylko ten, kto ma młodszego brata lub siostrę. Pod tym względem (troski o młodszego brata, a w konsekwencji całą ludzkość) złośliwy nekromanta jest postacią bardzo wiarygodną.
„Prawa i powinności” czyta się jednym tchem – głównie po to, by poznać tożsamość Raywena. Historia jest sympatyczna, trochę przaśna, łatwo uzależnia. I nawet rozwijająca się gdzieś mimochodem wielka miłość nie jest w stanie tego zepsuć.
Michał „Michu” Wysocki

0 komentarze:
Prześlij komentarz