czwartek, 11 sierpnia 2016

Terry Pratchett - Trzy wiedźmy

„Trzy wiedźmy” są prawdopodobnie pierwszą książką ze Świata Dysku, jaką przeczytałem – a na pewno pierwszą historią, w której występuje Babcia Weatherwax. Gdy pochłaniałem ją (książkę, oczywiście) dziesięć lat temu nie wiedziałem jeszcze, na jakich zasadach działa satyra w cyklu Pratchetta. Teraz, po przeczytaniu prawie wszystkiego co wydał Brytyjczyk (niektórych pozycji po kilkanaście razy) mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że „Trzy wiedźmy” są w pierwszej trójce Świata Dysku i pewnie w TOP 30 fantastyki w ogóle.

W tajemniczych okolicznościach umiera dotychczasowy król Lancre, a jego jedyny dziedzic (oddany przez troskliwe czarownice pod opiekę grupie wędrownych aktorów) znika bez śladu. Na tronie zasiada Felmet, dalszy krewny władcy, i rozpoczyna porządki w królestwie. Chce ciąć drzewa, dochód per capita i głowy krnąbrnych mieszkańców, a do tego jest wegetarianinem! Felmet włada na tyle niekonwencjonalnie, że sama krainy obudziła się z letargu, by pomóc w jego obaleniu.

Lord i lady Felmet to oczywiście postacie nawiązujące do dramatów Szekspira, podobnie jak zaginiony dziedzic. Bohaterską trupę uzupełnia inteligentny, zblazowany i uciskany przez nieustającą depresję Błazen; genialny krasnoludzki dramatopisarz Hwel oraz, oczywiście, tytułowe wiedźmy – Babcia Weatherwax, Niania Ogg i Magrat Garlick, które, co do zasady, nie mogą wtrącać się w sprawy świeckie*.

„Trzy wiedźmy” są jedną z wielu (jeśli nie wszystkich) powieści Pratchetta, w których sir Terry zastanawia się nad mocą słów. Słowa nie tylko opisują rzeczywistość – one ją kształtują. Tak jest z poematem ku czci nowego króla, tak było z azetą („Prawda”), wystąpieniami publicznymi i listami („Piekło pocztowe”), magicznymi księgami (biblioteka Niewidocznego Uniwersytetu), czy wreszcie z zaklęciem, które zaburzyło umiejętności czarodziejskie Rincewinda. Słowa wydają się być także nie tyle środkiem, co celem samym w sobie. Pewną odmianą rzeczywistości, piątym wymiarem skąpanym w semantycznej ulewie.
 
Co nas prowadzi do najważniejszego wątku powieści – dramatu. Książka aż skrzy się od szekspirowskich nawiązań, z Makbetem na czele (który nigdy by nie pomyślał, że krew na rękach można zlikwidować tarką do warzyw). Pratchett bawi się konwencją poematu tragicznego zmieniając go w pouczającą, ale jednak farsę. Przeznaczenie nie jest już bezmyślną ideą, a tworem wręcz namacalnym. Zagubiony potomek króla okazuje się aktorem najlepiej wcielającym się w… królów właśnie, a zdegustowana kraina sama decyduje się napisać teatralną sztukę. Po przeczytaniu tej książki w niezrozumiały sposób nabrałem ochoty ubiegania się o miejsce na Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego.

Humor jest cięty, momentami sytuacyjny i prawie zawsze niesie ze sobą coś więcej niż tylko rubaszny rechot. To przede wszystkim mądra oraz inspirująca powieść, którą spokojnie można czytać dzieciom do poduszki – z korzyścią dla nich i czytającego.

Michał „Michu” Wysocki

* Pierwsza reguła czarownic mówi, że nie można ingerować w sprawy zwykłych ludzi przy pomocy magii. Druga reguła, że jeśli już się wtrącasz, rób to głośno i na całego.
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz