Coś jest w tej oldschoolowej anglosaskiej fantastyce. Jasne, z dzisiejszej perspektywy może wydaje się zbyt płaska, słabo naładowana pomysłowymi fajerwerkami i za bardzo przygodowa. Jakoś jednak twórcom tamtego okresu udawało się stworzyć na tyle charakterystyczne światy, by móc momentalnie w nich utonąć. Nie inaczej jest z „Zaklęciem dla Cameleon” – początkiem legendarnego cyklu „Xanth” autorstwa Piersa Anthony’ego.
Xanth to magiczna kraina oddzielona od „zwykłego” świata barierą. Każdy mieszkający w niej człowiek, zwierzę i roślina ma charakterystyczny tylko dla siebie czarodziejski talent. Czasami to umiejętność wywoływania burz, czasem usypiania wędrowców albo paraliżowania ludzi wzrokiem. Co się jednak stanie, gdy ktoś, a mowa tu o Blinku – głównym bohaterze - urodzi się bez magicznego talentu? Banicja. I to przez wielkie „B”.
„Zaklęcie dla Cameleon” jest zapisem podróży, w którą wyruszył Blink, by poznać swój talent. Po wielu perypetiach udaje mu się dotrzeć do Dobrego Maga Humfreya, który co prawda potwierdza posiadanie przez Blinka magii, ale nie może określić jej natury. Bohatera czeka więc wygnanie, po którym nastąpi nieoczekiwany zwrot akcji. No tak, w międzyczasie będzie jeszcze jakieś małe ratowanie świata.
To, co fascynuje w powieści Anthony’ego, to próba naukowego podejścia do czarodziejskiego fenomenu. Blink, mający zadatki na fizyka magicznego, na wszelkie sposoby próbuje zrozumieć ideę czarodziejstwa. Czy można jednocześnie być istotą magiczną i władać zaklęciami, czy może to domena tylko „zwykłych” ludzi i zwierząt? Jak do tego podziału ma się fakt posiadania inteligencji pozwalającej na komunikację? Choć nie czytałem jeszcze innych części cyklu podejrzewam, że ten wątek będzie mocno eksponowany.
No dobrze, ale gdzie tu humor, skoro „Zaklęcie dla Cameleon” znajduje się w humorystycznej fantastyce? Wydaje się, że dowcip zawiera się w samej konstrukcji świata i zamieszkujących go postaci. Czasami to dosłowny kop w tyłek chimery, innym razem próba odparcia bezmyślnych zalotów Cameleon. Mimo wszystko dowcipu tu mało, zapewne zagubionego gdzieś w trakcie tłumaczenia. „Zaklęcie dla Cameleon” to humorystyczna fantastyka, w której zapomniano wstawić gagi.
Jak to bywa z fantasy lat siedemdziesiątych, jest dobrze, choć za stabilnie. Może to nie powieść na miarę Pratchetta czy Holta, ale na pewno danie z górnej półki menu dla klasy średniej.
Michał „Michu” Wysocki

0 komentarze:
Prześlij komentarz