piątek, 12 sierpnia 2016

Terry Pratchett, Ian Stewart, Jack Cohen – Nauka Świata Dysku

Do „Nauki Świata Dysku” podchodziłem trzy razy i dopiero teraz udało mi się, ku mojej ogromnej satysfakcji, skończyć tę niezwykłą powieść popularnonaukową. Osiągnąłem sukces, ponieważ zacząłem interesować się szeroko pojętymi naukami przyrodniczymi – bez znajomości ich podstaw „Nauka” wydawać się może przegadana, niezrozumiała i, w konsekwencji, słaba. A jest tymczasem ideałem swojego gatunku.

Już sama forma książki jest wyjątkowa – składa się z dwóch rodzajów rozdziałów. Jeden to typowa fabuła, która ma być lekkim wprowadzeniem do kolejnego – popularnonaukowych wywodów o najróżniejszych aspektach nauk przyrodniczych. Pratchett, Cohen i Stewart omawiają powstanie wszechświata, fizykę kwantową, antropologię, ewolucję, wymieranie dinozaurów, funkcjonowanie atmosfery, wreszcie tworzenie cywilizacji. Dużo tego, ale to dobrze – nie wchodząc w głębokie rozważania, a jedynie kreśląc problemy, autorzy zachęcają zamiast odstręczać.

W budynku Magii Wysokich Energii (LHC, anyone?) Niewidocznego Uniwersytetu jeden z eksperymentów Myślaka Stibbonsa wymyka się spod kontroli, w wyniku czego uwolnione zostają ogromne ilości magii. By uniknąć całkowitego i kompletnego zniszczenia rzeczywistości magowie decydują się wykorzystać nadwyżki do stworzenia projektu Kuli – mikroskopijnego wszechświata, w którym mogliby obserwować kosmos pozbawiony magii. Tak zaczyna się ich zabawa w Wielki Wybuch, tworzenie gwiazd i wszystko, co znamy z naszej historii.

Wiemy, czego spodziewać się po części fabularnej – humor skrzy się jak naładowane magicznie bezpieczniki, pomysły Pratchetta doprowadzają do łez, a magowie… no, są magami. Zaskoczyły mnie za to fragmenty popularnonaukowe – napisane lekkim, choć wyrazistym stylem, często wprost odwołujące się do postaci i wydarzeń z różnych powieści Świata Dysku. Tezy są interesujące, a argumentacja klarowna. Nikt wcześniej tak dobrze nie wytłumaczył mi, jak na Ziemi mogło zacząć się życie.

„Nauka Świata Dysku” to książka, która powinna wejść do obowiązkowego kanonu lektur szkolnych. Tak jak nieudolni nauczyciele w szkole zniechęcili mnie do biologii, chemii czy fizyki, tak Pratchett na nowo przywrócił im (naukom, nie nauczycielom) dawny blask. Pamiętam młodzieńczą fascynację spadającym jabłkiem, kulą poruszającą się ruchem jednostajnym i ciepłym powietrzem wypierającym zimne. Fascynację, która po zderzeniu z bezdusznym światem szkolnych wzorów przerodziła się w otwartą wojnę. Teraz to przeszłość.

Kto wie, gdyby „Nauka” była obowiązkową lekturą w szkole podstawowej, może już dziś mielibyśmy swoich Saganów, Dawkinsów i Brysonów?

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz