piątek, 12 sierpnia 2016

Terry Pratchett – Niewidoczni Akademicy

Aż dziw bierze, że do tej pory sir Terry nie wziął na warsztat żadnej popularnej dyscypliny sportu – zabijanie się nie liczy, to obywatelski obowiązek (wojsko) lub zachowanie w dobrym tonie (Gildia Skrytobójców). Co więcej, w „Niewidocznych Akademikach” sama rozgrywka pełni rolę drugoplanową, ustępując przede wszystkim środowisku kibiców i ich mistycznych zapiekanek z zapiekankowego ciasta. O czym będzie mowa? Oczywiście o futbolu, którego ojczyzną jest Wielka Brytania i, co nie mniej ważne, Ankh-Morpork.

Miasto się zmienia, a jego obywatele razem z nim. W „Świecie finansjery” lord Vetinari zapowiadał wielki program inwestycyjny dla Ankh-Morpork, ale nie muszą to być przecież tylko inwestycje budowlane, prawda? Wychodząc z założenia, że od przestępczości swobodnej lepsza jest rządowo zorganizowana, tyran postanawia wprowadzić porządek do gry w piłkę. Teraz mecze wyglądają jak masowe bójki, ale od czego jest obwarowany warunkami legat na rzecz Niewidocznego Uniwersytetu i pewna erotyczna urna, bardzo stara. W wyniku nie do końca, jak się wydaje, przypadkowego zbiegu wydarzeń magowie będą musieli rozegrać mecz w piłkę, a żeby nie zostać stratowanym na śmierć (tylko teoretycznie, oczywiście – w chwili kryzysu i tak zamienią wszystkich w żaby) postarają się o to, by nowe zasady zostały powszechnie zaakceptowane.

Oprócz oczywistego jak banan dla Bibliotekarza (tutaj w roli golkipera) motywu futbolowego, Pratchett porusza jeszcze kilka ciekawych wątków. Bazując na relacjach czterech głównych bohaterów (wszyscy to pracownicy uniwersytetu) prowadzi dialog między dwoma skrajnymi odmianami miłości – prostej, podwórkowej oraz głębokiej i lirycznej. I wcale nie jest oczywiste, która okaże się bardziej wzniosła. Kolejna płaszczyzna fabularna to narodziny prasy dla kobiet („Bąbelki”), a co za tym idzie – przemysłu modowego. Tutaj w roli lwicy wybiegu Juliet, która wyposażona w sztuczną brodę z miejsca stała się objawieniem prezentującym najnowszy model krasnoludzkiej mikrokolczugi. Posmakujemy także obowiązkowej tajemnicy, tym razem w postaci niepozornego pana Nutta.

W „Niewidocznych Akademikach” pojawia się wśród pierwszoplanowych postaci sporo nowości. Oprócz wspomnianej piękności Juliet, przez całą książkę towarzyszy nam poważna (o przepraszam, myślałem że jesteś swoją własną matką) Glenda i syn futbolowej legendy Trevor Likely. Co ciekawe, spory zwrot fabularny zanotowaliśmy w kadrze Niewidocznego Uniwersytetu – były już dziekan o wdzięcznym imieniu Henry został nowym nadrektorem uniwersytetu w Miedziczole, co oczywiście nie zostało spokojnie przyjęte przez Mustruma Ridcully’ego. Wracając jednak do pana Nutta (uwaga, dalej poważny spoiler)…

Nie sądziłem, że Pratchett jest w stanie, przy całym swoim mistrzostwie w posługiwaniu się piórem i wyobraźnią, stworzyć postać tak bardzo chwytającą za serce. Pan Nutt, z wyglądu przypominający goblina, w rzeczywistości jest orkiem – jednym z ostatnich przedstawicieli rasy, której okrucieństwa na polach bitew Überwaldu nie miały sobie równych. Mówili, że ork w razie braku innej broni potrafi odgryźć sobie rękę i rzucić się w śmiertelny bój rażąc nią wrogów – a to tylko wersja dla dzieci. Na sam dźwięk słowa „ork”, najsilniejsi ludzie przypominają sobie, że mają pilne zajęcia na drugim końcu miasta.

W tym kontekście Nutt wydaje się postacią niezwykłą – nieskorą do przemocy (chyba, że w obronie własnej lub przyjaciół), zawsze pomocną i uprzejmą. Posiada potężną pamięć, przeczytał tysiące książek, zna kilkanaście języków, jest specjalistą w prawie każdej możliwej dziedzinie. Został wychowany przez lady Margolottę, by w Ankh-Morpork nabrać doświadczenia, zdobyć przyjaciół i zyskać wartość. Zwłaszcza to ostatnie kładzie się potężnym cieniem na, skądinąd, przezabawnej książce – Nutt przez cały czas robi wszystko, by stać się wartościową postacią. Rozlicza się z każdego uczynku, ciągle niezadowolony ze swoich osiągnięć. Stara się, walczy o akceptację z zakodowaną przez lady informacją: „Nie miałeś wartości, byłeś niczym, ale swoimi działaniami możesz to zmienić”. To smutna, choć budująca historia. Czyżby pobrzmiewały w niej echa samego Pratchetta, który czując powoli nadchodzące rozwiązanie próbuje za pośrednictwem Nutta rozliczyć się ze swoich dokonań?

Kapitalnie budowane napięcie, szybka akcja, błyskotliwi bohaterowie, tony semantyczno-sytuacyjnych żartów oraz zaskakująca końcówka – czego chcieć więcej od kolejnej znakomitej powieści Mistrza? Może trochę więcej optymizmu, który nie zawsze idzie w parze z humorem.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz