piątek, 12 sierpnia 2016

Terry Pratchett – Ciekawe czasy

Geniusz sir Terry’ego nie polega na tym, że jest w stanie w humorystyczny sposób ująć rzeczy nieujmowalne. Mistrzostwo Brytyjczyka objawia się w umiejętności wyciśnięcia smakowitych siódmych soków z motywów oklepanych, przemaglowanych i zgranych do obrzydzenia. No bo ile można obejrzeć parodii heroic fantasy? Ile razy dane nam było skosztować pamfletów na bohaterów, przeważnie umięśnionych i tępych? Zbyt wiele. Tym większym zaskoczeniem jest fakt, że Pratchett nie tylko sparodiował łatwy do sparodiowania topos bezmyślnego barbarzyńcy – zrobił to jak zwykle w sposób, hmm, epicki.

Tym razem Mistrz zabiera nas w podróż na Kontynent Przeciwwagi, łudząco podobny do klasycznych (starożytnych, średniowiecznych?) monarchii azjatyckich. Rincewind zostaje wplątany w intrygę prowadzoną przez cesarskiego wezyra (dlaczego oni zawszę muszą być źli?), która polega na wypromowaniu, a następnie krwawemu zniszczeniu ruchu oporu nazywanego Czerwoną Armią. Jednocześnie, niemalże równolegle do przygód magga, grupa podstarzałych bohaterów (w części wyglądających na martwych) postanawia dokonać największej kradzieży w historii ludzkości i nie tylko. Dowodzi nimi Cohen Barbarzyńca, a radą służy były nauczyciel szkolny Saveloy.

Autor jak zwykle parodiuje (chociaż nie wiem, czy w tym konkretnym przypadku można mówić o czystej parodii) jeden motyw główny i kilka pobocznych. Przewodnim wątkiem parodystycznym jest w „Ciekawych czasach” monarchia absolutna w stylu azjatyckim – razem z cesarzem, wezyrem, niewolnictwem i zupą z sierści świni („to znaczy, że ktoś podprowadza robotnikom całą świnię”). Dodatkowo obśmiana zostaje idea rewolucji i ruchu oporu (mieszkańcy Kontynentu Przeciwwagi są zbyt dobrze wychowani, by skandować hasła mocniejsze niż „Nieprzedwczesny zgon naszym adwersarzom!”) oraz wspomniany topos bohatera – wyzwoliciela.

Oprócz Rincewinda i Cohena, na łamy książki powraca znany z pierwszych części Świata Dysku Dwukwiat (oraz jego dwie córki). Głównym przeciwnikiem jest dążący do perfekcji w każdym calu pan Hong, a najciekawszą postacią z pewnością azjatycki odpowiednik Gardło Sobie Podrzynam Dibblera – Wnętrzności Sobie Wypruwam Honorowo Dibhala. Na szczególną uwagę zasługuje jednak grupa towarzysząca Cohenowi („Srebrna Orda”) – same stetryczałe dziadki, którym wiek nie przeszkadza jednak wyżynać w pień wrogich armii. Ucz, barbarzyńca-nauczyciel, próbuje zapoznać ich z cywilizacją (taką od noszenia spodni i płacenia za jedzenie) – jak łatwo przewidzieć, ze skutkiem dalekim od pożądanego.

Z jednej strony cesarstwo, z drugiej niewolnictwo, a i tak ostatecznie chodzi o totalitaryzm. Pratchett w opozycji do stłamszonych przez system mieszkańców stawia miłujących wolność wojowników. Wysoko rozwinięte państwo kontra grupa barbarzyńców. Bezmyślne posłuszeństwo przeciwko ułańskiej fantazji. To jest według mnie najważniejsze przesłanie książki – nie można pozwolić, by tragedie tego typu kiedykolwiek się powtórzyły. „Mentalne niewolnictwo” gorsze od bata, przed którym przynajmniej można się uchylić.

„Ciekawe czasy” są po prostu kolejną mocną pozycją w bibliografii Pratchetta. I jak kilka poprzednich oraz wiele następnych części Świata Dysku, trudno powiedzieć, czy więcej w tej książce dziegciu, czy miodu. Wiele lat temu pisałem pracę maturalną właśnie z totalitaryzmu – gdybym wtedy znał tę opowieść, bez zastanowienia zamieniłbym na nią Borowskiego i Kafkę. Ostałby się pewnie tylko Camus.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz