środa, 17 sierpnia 2016

Harry Harrison – Bill, Bohater Galaktyki – Planeta Robotów

Jakoś tak zawsze nie po drodze mi było z fantastyką naukową. Może przyczyną były moje braki w zrozumieniu nauk przyrodniczych? Albo zwykła niechęć do futurystycznych konwencji? Trudno powiedzieć, w każdym razie (nie licząc kilku wyjątków, jak np. genialny „Projekt Papież”) dopiero niedawno zacząłem wgłębiać się w świat s-f i od razu natrafiłem na znakomitą serię komediową – historię Billa, obrońcy galaktyki, autorstwa Harry’ego Harrisona.

„Planeta Robotów” jest drugim tomem sagi. Tym ciekawszym, że nigdy nie planowanym. Harrison opowieść chciał zakończyć na jednej książce, ale w wyniku różnych zbiegów okoliczności zrobiło się ich siedem (+ opowiadanie z 1994). Opisywana pozycja jest też ostatnią częścią napisaną samodzielnie – każda kolejna powstanie we współpracy z mniej lub bardziej znanym autorem.

Harrison przedstawia nam perypetie tytułowego Billa – bohatera, któremu wyprano mózg, uzależniono od alkoholu i… wcielono do armii. Teraz całego jego życie polega na znęcaniu się nad rekrutami oraz kombinowaniu, skąd wziąć trochę forsy na przeszczep drugiego kła (z jednym wygląda głupio). Ten w sumie sielankowy obraz zakłóca atak na wojskową placówkę dokonany przez metalowe smoki, którymi dowodzą odwieczni wrogowie ludzkości – mali, zieloni Chingerzy. Dalej przez prawie całą powieść obserwujemy podróże grupy „ochotników”, którzy mają zbadać skąd przybyło zagrożenie.

Nie trzeba być specjalnie bystrym by zauważyć, że tematem satyry Harrisona jest armia, pacyfizm i wojna. Walka toczy się wszędzie – na planecie (o wdzięcznej nazwie „Usa”), do której dotarli bohaterowie, istnieją przynajmniej trzy konflikty: zielonych ludzi z czerwonymi, Rzymian z Celtami (nie pytajcie) oraz form życia opartych na metalu ze sobą nawzajem. Autor pokazuje, jak bezmyślnym, okrutnym i wyniszczającym zajęciem jest prowadzenie wojny. Co więcej, prezentuje to w sposób tak zabawny, że nawet największy redneck przeczyta „Planetę Robotów” do końca.

Czymże byłaby jednak komediowo-fantastyczna powieść bez swoich bohaterów? W skład zespołu rozpoznawczego oprócz Billa wchodzą: skazany za nielegalne eksperymenty i przerost ambicji, tymczasowy admirał Praktis; szaman komputerowego voodoo i specjalista od elektroniki (bardzo przypominający współczesnego hakera) Cy Berpunk; kapitan Bly – były prymus Akademii Kosmicznej, którego kariera została nieoczekiwanie przerwana przez nieprzyjemny incydent z żoną oficera, jego córką i psem; niezaspokojona seksualnie sierżant Meta oraz, no tak, Wurber.

Powieść czyta się jednym tchem, bez specjalnego rozstrząsania moralnych dylematów. Satyra tutaj prosta – wojna to zło niezależnie od miejsca, w którym się toczy. Dodajcie do tego kilka typowo żołnierskich gagów (powtarzany kilka razy „ochotnik” jest moim ulubionym) i macie komediowe s-f średniej klasy.

Michał „Michu” Wysocki
Share: 

0 komentarze:

Prześlij komentarz