Czasami po prostu ma się szczęście. Od lat jednym z moich ulubionych zajęć jest przekopywanie antykwariatów, „tanich książek” i wszelkiej maści bazarków w poszukiwaniu ciekawych oraz mniej znanych książek. Wielokrotnie zdarzało mi się kupić produkty wątpliwej jakości, ale średnio raz na trzy, cztery próby trafiam w dziesiątkę. Tak też chyba należy określić mój nowy nabytek – wydane w 1991 roku „Jednym zaklęciem”, które w drodze targów kupiłem za pięć polskich złotych.
Jak informują wiarygodne źródła, Lawrence Watt Evans jest niezwykle płodnym autorem. „Jednym zaklęciem” to drugi z dwunastu tomów „Legend Ethsharu” (trzy pierwsze części wydano w Polsce). Do jego flagowych serii należą także The Lords of Dus, The Worlds of Shadow, The Obsidian Chronicles i The Annals of the Chosen. A to jeszcze nie koniec – Ewans próbował swoich sił w s-f (m. in. dwie powieści ze świata Star Trek) i jest autorem ponad setki opowiadań.
Opisywana historia toczy się wokół, a jakże!, pechowego czarnoksiężnika. No może nie pełnoprawnego czarnoksiężnika – raczej ucznia, w końcu zna tylko jedno zaklęcie. Na szczęście, w przeciwieństwie do Rincewinda czy Randalfa, Tobas włada Zapłonem Thrindle’a – prosty czarem zapalającym. Raczej nie zawojuje tym świata, ale na pewno ogrzeje się chłodnym wieczorem. Tym, co odróżnia go od bardziej znanych kolegów jest także fakt, że, ostatecznie, szczęście się do Tobasa uśmiecha.
W kwestii kreacji świata i bohaterów, „Jednym zaklęciem” jest powieścią raczej standardową. Główny bohater po śmierci mistrza wyrusza w świat by znaleźć kogoś, kto nauczy go nowych czarów. Przeżywa mniej lub bardziej fantastyczne przygody i spotyka całą masę postaci, które „gdzieś już widzieliśmy”. Klasyka anglosaskiej przygodowej fantasy. Nie znaczy to jednak, że to klasyka zła czy miałka.
W książce Ewansa jest jakiś czar, wspomnienie dawnych czasów, gdy zaczytywałem się w takich seriach jak Forgotten Realms czy Dragonlance. Wszystko do siebie pasuje w taki sposób, że od samego początku mamy pewność – historia skończy się dobrze, a bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie. Bez nieszczerego relatywizmu i napuszonego patosu, za to z dużą dozą humoru.
„Jednym zaklęciem” to może nie pierwsza liga humorystycznej fantastyki, ale z pewnością wejdzie do drugiego składu na mecz z przygodowym fantasy. I będą grali na remis.
Michał „Michu” Wysocki

0 komentarze:
Prześlij komentarz